28 lis 2010

Domek !

Kiedyś to pojechaliśmy na ognisko do Synka do domku co jego rodzice maja taki wypoczynkowy. Nie ma szałowni taki zwykły domek co sobie emeryci robią na działkach czy coś takiego. No w sensie, że jest woda i prąd a gaz to taki z butli co wygląda jak do nurkowania idzie do takiej małej kuchenki co ma tylko dwa palniki. Jak sie gotuje w dużym garnku to sie jedzie na dwa żeby szybciej się zabulgotało.

Taki pierwszy wakacyjny wyjazd to był. Stary Wargula zabrał nas samochodem w sensie że Zgiłego, Wargula Parnika i Poplocha. Drugie auto przyjechało ojca Synka i tam był Synek, Kornik, Skobel i Andrut. Najlepsza pikieta dojechała na deserek autobusem. Niby było losowanie kto ma jechac autobusem a kto samochodami ale w sumie to sie ciesze ze nie musialem jechac z ojcem Syry. Gość nie potrafi zbytnio jeździć a myśli że troche ogarnia kierowanie czterema kółkami. Gość nawet po mieście jeździ sobie z nawigacją i cały czas sie gapi w ten ekranik. Troche się wkurza jak sie otwiera okna z tylu bo mu szumi a z przodu nie wolno bo go przewieje. Załozył sobie takie kulki na siedzenie z drewienka i mówi ze go to odpręża. Jak zaczyna jazde to wychodzi z auta i sprawdza czy ma wszystkie swiatła dobre i wciska kciukiem opony bo niby potrafi tak obczaic czy ma dobre cisnienie w laczkach. Ogolnie jest ciezki bo smiac sie nie wolno bo słucha radia, gadac nie wolno głośno bo też słucha radia. Trzeba wycierac buty przed wejściem bo dał sobie nowe chodniczki takie materiałowe. Nie kręcić ogrzewaniem bo gorąco/zimno/szyby parują. Nie da rady z gościem.

Wypadło na to że tym autobusem pojechałem ja, Kumfik, Syra, Zgniły i Rondel. Rondla nie chciała mama puścić bo wyczuła od niego papierosy dwa dni wcześniej i dała mu bana na wyjścia z domu jakieś. W końcu udało mu się ubłagać bo powiedział, że będą rodzice Synka na grilowaniu ze znajomymi obok. Wiadomo, kłamał jak z nut ale chciał jechac to klamstwo w dobrej mierze sie nie liczy. W autobusie od razu bardacha. Kumfa przejechał dopiero 10 km i już chciało mu sie sikać. Kierowca parowozu nie staje bo to przyspieszony kurs to ma 2 przystanki na calej trasie. Kazaliśmy mu wytrzymać a on że nie da rady i wyciagnął butelke z lipton tee. Powiedzial ze on bedzie sikał do butelki ale najpierw musi sobie wypic bo ma pelna. Powiedzialem mu zeby dal to my wypijemy bo jak wypije to mu sie zaraz znow bedzie chcialo siurac. Gość powiedział, że ma pragnienie i go suszy i nie da pić nikomu innemu. Olewka nikomu sie pic nie chcialo tylko chcielismy mu pomoc. Nie to nie przecież nie bedziemy rzucać różami przed prosiaka. Odkręcił wypił do dna i zaczał siurać do butelki i wygodnie mu było bo ta butla ma wieksze wejście niż np po tymbarku czy cos. Normalnie troche siara wyszła bo kierowca przychamował i mu mały wypadl ze środka i troche mu poszlo na spodnie ale jego broszka. Rondel szybko się przesiadł na inne miejsce i Kumfa został sam na siedzeniu. Gość jeszcze powiedział "zajebiscie teraz się moge wygodnie wyciągnąć" i miał wszystko gdzieś. Mineło pewnie pół godziny a gość zaczyna się już z nami kolegować od nowa i zagadywać.

- Ej macie jakąś pustą butelkę?
- Nie mamy bo zakupy pojechały z chłopakami samochodami
- Kurde znów mi się chce lać
- To sobie wypij sam tą nową herbatke co sobie dolałes i się wylej do butelki.
- Ale śmieszne, weź poratuj.
- No co mam ci zrobić nadstawić ręce czy chcesz mi nasikać do termosu z herbatą?
- Mogę do termosu!
- Turlaj się młocie!!!

Gość się pokręcił trochę i nagle patrzymy a gość wstaje otwiera to boczne okienko wyciąga butelke ze szczochami odkręca i wylewa siury przez okno. Ja pierdziele ale złoooooooo. Gość na luzie wylał co miał wylać usiadł sobie znów na fotelu i wylał się po raz drugi do tej samej butelki. Takie rzeczy to tylko ten gość robi bo każdy inny normalny to by się ze wstydu spalił. A on wylał się i na cały głos w autobusie NOOOOOOO TO TO JA ROZUMIEM. OD RAZU LEPIEJ. I dodał to swoje głupie hasło MAAAAAACZZZZZZZZ BETAAAAAAAAAAAA.

Jakoś dojechaliśmy do domku i kierowca nawet się nie skapcił o co chodziło z tą butelką i w ogóle. Wysiedliśmy i mieliśmy przejść jakieś 500 metrów z klapka do domku. W sumie to rzut beretem więc 5 minut i powinniśmy być na miejscu. Bylibyśmy jakby Zgniły poprowadził nas w dobrą stronę. On się upierał, że za przystankiem mamy wejść w lasek a my mówiliśmy że prosto a dopiero koło sklepu w lasek. Gość twierdził, że był tu jak jechali sprzątać domek to wie lepiej od nas. Ok niech tak będzie jak mówi. Poszliśmy za nim. Idziemy przez ten lasek i już coś smierdzi bo mineło 5 minut a my dalej w środku między drzewami. I co ? Błotoooooooooooooooo. Na środku płynie sobie taka mała rzeczka i trzeba ją przeskoczyć. Pierwszy skoczyłem ja i na luzie bo miałem dobrego dzampa doleciałem na drugi brzeg. Potem Kumfa on to jak małpa więc zero problemu. Każdy przeskoczyl i na koniec został Zgniły. On taka trochę lejba. Najpierw mu plecak przeszkadzał więc nam go przeżucił. Potem nie wiedział czy z rozpędem czy nie. To mu wyjaśniliśmy:

- stary z rozpędem masz lepszy zasięg
- ale nie wiem kiedy mam się wybić
- to my Ci powiemy i na bank przeskoczysz.
- ale skąd będziesz wiedział, że mam się odbić jak jesteś po drugiej stronie?
- to przeskoczę na twoją i Ci powiem goooooooołł
- ok to chodź.

to szybko Kumfa przeskoczył i kazał się rozpędzić zgniłemu na 12 byczych kroków albo 30 tiptopów. Ogólnie to tak żeby było 1/8 jarda mu powiedział. To Zgniły odliczył 12 byczych i zaczął się rozpędzać. I kumfa krzyknął OGIENNNNNNNN. Zgniły się odbił i niedolot wpadł w sam środek bajora. Kumfa zaczął się mega śmiać aż się tarzał po ziemi. My też zaczęliśmy mega drzeć z gościa łacha ale bez tarzanki. Wiadomo małpa to małpa więć sie tarza a my szacunek do matki ziemi to nie niszczymy ściółki. Kumfa specjalnie mu powiedział za wcześnie żeby się skąpał bo go już denerwowało że stał i marudził przez 5 minut że nie doskoczy. Zgniły stoi w tym błocie i ma łzy w oczach. To mu mówimy żeby wyłaził i się przebierze w domku u Synka. To zaczął wychodzić ale okazało się że mu jeden z butów został w błocie. Haha to już było mega śmieszne. Wlazł w to błoto szukać tego pierwszego buta i wyszedł już bez dwóch:)) Wtedy Rondel ruszył na ratunek. Powiedział:
- Zgniły ja Ci pomogę spoko majonez

Wlazł w to błoto i zrobił tylko 2 kroki i zaczął się drzeć że jemu też buta wciągnęło. To już była mega porażka. Zaczał rękami szukać w błocie tego pierwszego buta. W końcu w błocie po pachy wyszedł z jednym butem i tyle. Nie znalazł buta zgniłego tylko sie opierdzielił cały i zgubił swojego. Przegieli pałke obaj. To trzeba być debilem żeby w butach wchodzić do błota szukać butów które koledze wciągnęło błoto. Gość się tłumaczył mówiąć że myślał, że mu nie ściągnie bo ma dobre sznurowanie i docisnął kokardkę na maksa. Jednak źle myślał. Musieliśmy wracać całą drogę bo poszliśmy w złą stronę. Słuchać lamentowania Zgniłego że mu buty zginęły i płaczu Rondla że go matka zabije bo co powie że gdzie zgubił buty. Przecież przy rodzicach Synka nikt nie chodziłby po błocie. Co chwile tez piszczeli, że coś im się w nogi wbija to ja dałęm im swoje klapki żeby mogli iść normalnie ale miałęm tylko dwa to się zmieniali co chwile ale i tak jeden szedł z jedną nogą bosą przez jakiś tam czas. Doszliśmy w końcu do domku to jak reszta zobaczyła tych dwóch to od razu zaczęli ich wyśmiewać, że debile co raczej było gorsze niż lepsze bo tylko się pokłócili prawie wszyscy. Po godzinie focha już przeszło każdemu. Zgniły i Rondel wzieli pożyczyli buty od chłopaków. Troche za duże albo za małe ale brali to co było i nie marudzili już do samego wieczora.

Wieczorem zrobiliśmy ognisko i siedzieliśmy i gadaliśmy jakieś tak rzeczy. I nagle Kumfa po dwóch piwach wstał i zaczał szydzić po chamsku z Rondla że jest debilem i jak wszedł do błota to mu buty spadły. Potem zaczął się nabijać ze Zgniłego a Zgniły jest nerwowy i wstał i popchnął Kumfę. Ten szybko wstał i opluł Zgniłego. Ten zaczął go gonić. Kumfa jest szybki nawet jak małpa to odskoczył przebiegł za ogrodzenie domku i biegł. Tam było ciemno bo nie było żadnych oświetleń czy coś. I tylko było słychać jak Kumfa się drze. Zgniły frajerze nigdy mnie nie dogonisz, bo jesteś za wolny i masz za małe buty. Tak to ja moge biegać caaaaaaaaałaaaaaaaaaa noc. I jak powiedział noc to nagle tylko taki głuchy odgłos było słychać i cisza. Okazało się że Kumfa wpadł do betonowego odpływu co był zrobiony koło siatki. Szybko Zgniły nas zawołał, że Kumfa wpadł w beton i nie żyje. Nie mieliśmy latarki a tam było ciemno to zrobiłem pochodnie z ogniska i jakiejś szmaty żeby było troche światła. Pobiegliśmy szybko do niego i okazało się że leżał w tym odpływie i jęczał. To nie było głebokie bo miało pewnie metr ale dobrze że nie uderzył głową bo mógł sie zabić. On tam leżał mokry w wodzie i wołał, że sobie złamał kręgosłup i ma paraliża całego dołu. Mówił, że nie czuje nóg i w ogóle że chyba umiera teraz. Spanikowaliśmy na maksa. Ja stałem z tą pochodnią i oświetlałem teren. Popłoch i Rondel pobiegli szybko do ośrodka co był obok i przyszedł z nimi dziadek taki co tam miał funkcje ochronną. On szedł z wielką latara to ja rzuciłem pochodnie bo już nie była potrzebna. Poruszał coś koło Kumfy bo mówił że miał jakieś szkolenia z pierwszego ratunku czy coś i się zna. Okazało się że zwichnął nadgarstek przerysował sobie facjate i podał bluze na łokciu. Nic wielkiego się nie stało w sumie ale wyglądało mega poważnie. Potem go wyciągneliśmy na góre i zanieśliśmy do domku. Wyszliśmy gasić już ognisko patrzymy a tam dwa ognie. Jeden ten co rozpaliliśmy koło domku a drugi za siatką. Ale skąd tam za siatką ogień się znalazł? To ta pochodnia co ją wywaliłem wpadła na smietnisko co ludzie z domków śmieci wywalali i się wszystko zapaliło. Tamto ognicho to już był megaaaaaaa konkret. Chcieliśmy gasić ale ten sam od ochrony dziadek już leciał do nas i wołał
- gówniarze chcecie spalić cały ośrodek, z dymem puścić, wandale.
- to nie my to nie my !!!
- dzwonie na policję i straż będziecie płacić za przyjazd. Nogi z dupy powyrywam szczeniaki.

Tak się darł i darł a my szybko po wiaderka dwa i jedna miednice co była w domku i pod ten odpływ co w nim Kumfa leżał nabieraliśmy wody i gasiliśmy śmietnik. Po 10 minutach się nam udało zgasić i dziadek widzał że gasimy i nie dzwonił po Policję ani po Straż tylko stał koło nas i się darł że to ma być zgaszone w ciągu 2 minut. No to 2 x 5 = 10 i się udało. Jak zgasiliśmy to tylko myślał każdy żeby już być w domu na osiedlu. I tyle w sumie wyjazd moim zdaniem udany bo była przygoda a nawet trzy.

Sajonara!

22 paź 2010

Szybcy i wściekli !

Sajonara !

Kurde balans, każdy chce mieć już prawo jazdy i jeździć legalnie samochodem. Mi to w sumie się nie spieszy i nawet powiem, że wole sobie trenować bez papierów na auto. Dwa dni temu z Wargulem postanowiliśmy troche pośmigać autem jego ojca. Stary pojechał w delegacje jakaś na tydzien i zostawił samochód a mama jego pocisnęła do babci i dziadka jakies tam sprawy papierowe zrobić, żeby potem 3 hetary były na nią w razie co. Jego dziadek robił kiedyś rolnictwo i potem można było kupować jakąś ziemie co się na niej robiło za jakąś mała kabonkę. To dziadek kupił a teraz można sobie przepisać czy darować. Się na tym nie znam. Wargul pytał rodziców to mu powiedzieli ale nie umiał nam powtórzyć ani trochę. Wiemy tylko, że będą mieli 3 hektary i Warga mówi, że będzie tam robił tor rowerowy do skakania i za pare lat to RED BULSA tam zorganizuje. Dla nas super bo do Nosówki jest blisko jakies 8 km to byśmy poszli i może wpisaliby nas na liste VIP = Very Interesant People. Ale to co będzie to będzie narazie Wargula ojca nie ma jeszcze 3 dni a mama wraca codzennie w nocy a czasem nawet nie.

To była okazja żeby poćwiczyć trochę jazdę samochodową. Duży fiat nie jest jakis wypasiony bo Synusia ojciec ma Mazde zum zum a stary Zgniłego ma Renówke w kombi. Wargulowy Fiat w kolorze meksykańskiej czerwieni był dla nas w sam raz do takiego jeżdżenia po osiedlu. Umówiliśmy się na 18 jak już się trochę ściemni i będzie mniejszy ruch wszędzie bo nie umiemy jeszcze dobrze jeździć. Wargul był punktualnie i musiał na mnie czekać 10 minut bo musiałem czekać na ojca żeby mu pomóc wynieść z auta ziemniaki do piwnicy. Kupił dwa worki bo taniej gdzieś niż w sklepie. To wniosłem i rura na parking. Pierwszy miał jeździć Wargul bo to jego auto to wiadomo że się ma różne z tego powodu bonusy i dodatki. To chyba raczej proste nie?

Jak właziliśmy do auta to zobaczył nas Popłoch z Kumfikiem. Wiadomo co było dalej. Nie dało się ich spławić. Powiedzieli, że jadą z nami a jak nie to ojciec Wargula a przy okazji mój dowiedzą się że jeździmy samochodem po osiedlu. Kurde ale mnie wkurzyli, jak jest więcej ludzi to od razu mniej jeżdzenia. No ale co zrobić? przecież jakby się mój ojciec dowiedział to by mnie zabił a Wargula ojciec oberwał by go ze skóry bo to jego auto. Jego stary jest ok ale jak sie wkurzy to świr. Ochroniarza w sklepie oklepał to Wargula by rozpitolił na strzępy. Trudno trzeba było przełknąć tą gorzką pigułkę i jeździć. Ja siedziałem z przodu a dwa rzepy na tylnej kanapie. Wargul odpalał auto i od razu mu zrobiła się żabka taka konkretna i auto zgasło. Robił takie coś, że nie wciskał sprzęgła i odpalał auto co było na biegu. Powiedziałem mu o co chodzi to odpalił w końcu normalnie auto. Powoli wyjechaliśmy z miejsca na parkingu. Dobrze, że sobie przypomniałem, że trzeba zarezerować to miejsce na powrót. Jakby auto stało gdzie indziej to byłoby ciepło. Szybko przyciągneliśmy palete spod sklepu na miejsce samochodu i pojechaliśmy w teren. Wargul nawet nieźle jechał tylko, że jak zmieniał z jedynki na dwójke to go szarpało na maksa. Ogólnie to tylko jedynkę i dwójkę włączał i było powoli ale frajdy dużo. Jak dojechaliśmy na taki duży parking co tam mało aut stoi to już się Kumfa pchał do jeżdzenia. To Wargul mu dał trochę. On nigdy nie jechał i lepiej było mu nie dawać. Jak skręcał to potem już trzymał kierownicę skręconą i co chwile ładował w krawężniki. Jakoś tak od początku auto dziwnie chodziło ale myśleliśmy, że tak ma być. W końcu się Wargul wkurzył i kazał Kumfie wyłazić bo auto popsuje. Jak wsiadł Popłoch to już całkiem innaczej. On z ojcem jeździł na parkingu kilka razy to wiedział jak jeździć. Zaczął się popisywać i ostro jechać w zakręty. Mowił cały czas jak zakręcał "teraz kurwa ostro w niego wejde trzymajcie się". Tak ostro wchodził, że krawężnik przywitał dwoma przednimi kołami i cos trochę chyba zaczęło już całkiem dziwnie jeździć. Szybko wysiedliśmy z auta żeby obczaić o co chodzi. Okazało się, że przednie koło trzyma się tylko na jednej śrubie bo tamte chyba gdzieś odpadły. Nie wiedzieliśmy co robić zbytnio. Śrub nie mogliśmy znaleźć i była lekka panika.

To wymyśliłem ja dobry pomysł. Powiedziałem, że na parkingu stoi też duży fiacior i można troche pożyczyć śrub do kół od niego. Brakowało nam trzech. Poszliśmy z kluczem co był w Wargula aucie w bagażniku i dwóch stało na czujce a ja z Wargulem odkręcaliśmy po jednej śrubie z każdego koła. Odkręciliśmy trzy i chciałem ostatnią na zapas bo w sumie jak w każdym ma 3 to bez sensu zostawiać w jednym cztery i nagle z balkonu stary Kocur zaczął się drzeć "ZŁODZIEJE, KRADNĄ MI SAMOCHÓD, LUDZIEEEE ZŁODZIEJE". To nagięliśmy ile dała fabryka z tamtego parkingu pod Meksykańską czerwień. Skąd mogliśmy wiedzieć, że ten fiacior to był starego Kocura? Jakbyśmy wiedzieli to napewno byśmy nie odkręcili mu kół czy coś takiego. Szybko zrobiliśmy auto starego Wargula i już mieliśmy dość na ten dzień. Szybko wsiedliśmy do auta i jechaliśmy odstawić auto. Jak byliśmy niedaleko to zaczęło się coś dymić i taki mega smród że hej. To jeszcze bardziej panika bo jak rozwaliliśmy auto to mamy wszyscy przewalone. Jak się zatrzymaliśmy już koło bloku to Popłoch powiedział, że musi iść do domu bo jutro ma sprawdzian z histy a nic nie umie. Kumfik od razu podłapał i też nagle musiał iść przepisywać zeszyt z polskiego bo mu baba kazała uzupełnić wszystkie lekcje bo nie pisał od jakiegoś czasu i twierdził, że nie musi bo ma pamięć fotograficzną i zapamiętuje wszystko to co jest na tablicy. Jak baba powiedziała, że ciekawa jest co na temat jego super pamięci powie jego ojciec to szybko ją stracił i już chciał przepisywać wszystko. Wkurzyliśmy się z Wargulem bo zostaliśmy sami z dymiącym autem. Na szczęście ze śmieciami wychodził mój sąsiad taki kolega mojego brata. Przechodził koło nas to zagadaliśmy że coś się dzieje z autem i nie wiemy o co chodzi. Powiedział, że może sprawdzić. Wsiadł do auta i powiedzieliśmy, żeby już pojechał na parking odstawimy auto. On dał na jedynke i ruszył i powiedział, że auto zamula na maksa i że to dlatego, że jest zaciągnięty ręczny hamulec a śmierdzi bo się to z klocków czy czegoś tam stopiło bo gorąco było i teraz śmierdzi i dymy z tej gumy lecą. Powiedział też, że trochę przysmażyło ten hamulec ale jak ostygnie to powinno być ok. Faktycznie jak ściagnął ten ręczny to auto szło jak po masełku dobrego buta miał wtedy meksyk.

Dojechaliśmy na parking i co? Zaraz za nami zajechała Policja. Wysiadł kops idzie w naszą stronę. Wargul włączył tryb paniki i skakał na siedzeniu i gadał "idzie do nas on idzie do nas. Na ser mater ale przejebane ale przejebane". Powiedziałem mu żeby się uspokoił bo swoim zachowaniem nas sprzeda. Ma być spokojny bo innaczej to ja to widze w barwach mało pastelowych raczej węgiel do rysowania. No i podszedł do nas i powiedział prosze prawojazdy, ubezpieczenie samochodu i dowód do rejestracji. O fakin hel nie mieliśmy papierów do auta bo Wargul nie zabrał z domu. Ale mieliśmy mega fart że Sebastian jechał wtedy samochodem a nie my bo on miał prawo jazdy już. Mówił nam że zdał za pierwszym razem ale mój ojciec mówi że jak ktoś opowiada że zdał za pierwszym to albo kłamie albo dał w łape. Ja tam nie wiem bo jeszcze nie robiłem ale jak będe po egzaminie to Wam dam cynk za którym mi siadło prawko. No ale dokumentów dalej nie było. Wargul powiedział, że my tylko byliśmy przepalić auto bo tatuś prosił żeby przepalić co 2 dni bo ma słaby akumulator a pojechał w delegację i że zapomniał zabrać z domu dokumenty i już biegnie je przynieść. Gliniarz się zgodził i Wargul poszedł z meszta na pełnym spidzie. Drugi raz go widze jak ma takie przyśpieszenie. Raz jak kradliśmy czereśnie na działkach i dziadek wypadł z altanki i teraz to był drugi raz. O czereśniach jeszcze napisze ale teraz goł bak do auta. Jak Wargi nie było to gliniarz mówił, że dostali kilka wezwań od ludzi z osiedla, że jakieś osoby jeżdza bordowym dużym fiatem po osiedlu jak idioci i drugie, że ktoś chciał ukraść samochód na parkingu. No to wiadomo że my od razu powiedzieliśmy, że nic nie wiemy i że nasze auto nie jest bordowe tylko to meksykańska czerwień i że tylko byliśmy przepalic samochód i prosiliśmy Sebastiana bo nie mamy prawo jazdy i że to chyba chodzi o inny parking ten większy ale nas tam nie było. Gliniarze powiedzieli, że sobie to sprawdzą a nas zatrzymali bo auto też mamy czerwone ale widzą, że to raczej nie my bo jechaliśmy bardzo powoli od kiedy za nami jadą. Wargul szybko doleciał z papierami. Goście sprawdzili i powiedzieli, że to wszystko jakaś rutynowa kontrola i tyle. Udało się nam na maksa. Szybko odwaliliśmy tą paletę jak tylko odjechali i zaparkował Seba samochód. Potem szybko zwinęliśmy się z parkingu i do domu. Sebie dziekowaliśmy, że nas nie sprzedał a on powiedział, że spoko i że robił tak samo jak nie miał prawka. Tylko że oni jeździli zastawą jego ojca i taka różnica. Powiedział też że jakby złąpał skurwieli co chcieli ukraść auto z parkingu to urwałby im nogi z dupy. My też byśmy tak zrobili - powiedzieliśmy do Seby.

I tyle poszliśmy do domu i tyle całej historii z jeżdzeniem samochodem. Teraz musimy zrobić sobie dłuższą przerwę z jeżdzeniem bo trochę się orobiłem w majty jak zajechała za nami kabaryna z glinami. Ogólnie to zawsze fak de system ale czasem lepiej nie.

Siemanarahej !!!

17 paź 2010

Rambo !!!

Wargula ojciec ma ksywe Rambo bo troche wyglada jak John. Nie że jest taki przybyczony tylko ze z twarzy tak bardziej. Wydaje nam sie ze ma porazone nerwy jakies i tak troche mu sie mimika jak u Slaja Staloneja ułozyla i dlatego Rambo. Ogólnie to poza wyrazem twarzy nic ich nie łączy. Stalonej jest gwiazdorem w Hollywood a Zbyszek składa odkurzacze w ZELMERZE. Slaj ma mega wypasione auta a Zbychu jezdzi duzym fiatem w kolorze meksykańskiej czerwieni. Stalonej ma dorypaną wille z basenem a Zbynio M2 na czwartym piętrze i nawet nie maja oddzielnie lazienki i kibla. Nikt nie może mieć tak samo w życiu. Może prawdziwy Rambo ma wiecej kasy i takie tam inne sprzęty ale nasz lokalny Rambozo jak robi akcje to bez kaskaderow i na spontanie a nie ze reżyser i inne scenariusze. Tutaj wszystko pisze życie a jak wiadomo ono czasem zaskakuje i to bardzo !!!

To Wam opowiem jak raz Rambo poszedl po pracy zrobic zakupy do Le Clerca bo akurat z Zelmeru to po drodze jest. Wbil sie do środka a że mial taka saszete na kanapki i wode z sokiem co zawsze bierze do pracy. To sobie wzial i zostawil w tych takich szafeczkach co sie kluczyk bierze. Poszedl na zakupy i jak juz skonczyl to chcial otworzyc sejfik zabrac rzeczy i spokojnie udac sie do domu na tak zwany relaks po pracy. Podbija pod sejf wyciaga kluczyk, przekręca a tutaj nic nie dziala. Fakin hell przerazenie w oczach i pytanie o co kurde chodzi. Poszedl do ochrony i mowi gosciowi
- panie szafki nie moge otworzyc
na co beszczelnie usmiechajacy sie gowniarzo-ochroniarz powiedzial
- bo moze pan nie umie! ja panu otworze.
taki kurwa madralinski pan ochraniacz a nawet szafki nie umial otworzyc. i po 4 próbach powiedzial do Zbycha
- panie to nie ta szafka cos pan pomylil, szukaj sobie pan szafki w ktorej pan zostawil rzeczy bo do tej kluczyk nie pasuje.
- czlowieku mialem numerek 32 to otwieram 32 co mi pan tu mowisz ze pomylilem.
- jak mowie ze nie te szafka to nie ta szafka. Prosze odejsc.

Zbyszek był pewny ze zostawil wlasnie w tej szafce i nadal kombinowal z kluczykiem przy tej skrytce co nie spodobalo sie ochroniarzowi i kazal mu wyjsc ze sklepu bo innaczej wezwie policje i powie ze włamuje sie do szafki i chce cos ukraść. Oooooooooooo przesadził gowniarz, tak sie do Rambo nie mowi a jak sie zwraca uwage to kultury, kultury troche by sie przydalo. Zbynio wyszedl ze sklepu ale nie minelo 25 minut jak pojawil sie w nim po raz kolejny. Tym razem nie mial juz zamiaru probować otwierac szafki kluczykiem ktory nie pasowal. Musial odzyskac swoje rzeczy bo mial tam czesc dokumentow i pudelko na kanapki. Podszedl do szafek wyciagnal z rekawa to co przyniosl sobie z domu i zabral sie do roboty. Tym co ze soba przytaszczyl okazal sie łom. Po prostu wsadzil go w szczeline i rozpierdzielil cala szafke. Wyciagnal sobie z niej swoje rzeczy i zabral sie do wyjscia ze sklepu. Zauwazyla to niestety ochrona i osaczyli go przy wyjsciu. Złapali go i wzieli do swojego kantorka. Jeden z nich wlasnie ten co przedtem niby pomagal otwierac szafke byl najgorszy. Cwaniak taki ze szkoda gadac. Darł sie i cwaniakowal. Chyba mu sie zapomnialo ze przyjeli go do pracy tylko dlatego ze mial 3 grupe inwalidzka wiec raczej nie byl mistrzem bijatyki ulicznej ale ten caly stroj komandosa i to radyjko przy pasku chyba troche dodawalo mu magicznej mocy. Sila uderzeniowa tego leszcza wynosila 100, ale tylko w jego wyobrazni !!! Zamkneli Zbyszka i zadzwonili po Policje. Przyjechali nawet szybko i zaczelo sie jakies tam gadanie. Na nic mówienie ze to jego szafka, ze kluczyk, ze nie pomogli i ze musial miec swoja saszete. Zabrali go na komisariat. Zebrali jakies tam oświadczenia i dali mu 100 mandatu za zniszczenie jakiejs tam własności. Kierowniczka sklepu nie wniosla jakiegos tam oskarżenia bo faktycznie Rambo wyciagnal z tego schowka swoje rzeczy a zamek sie zacial i dlatego nie dalo sie otworzyc. No to Policja tylko jakis tam dziwny mandat mu dala i go puścili. Kurde jak w Rambo 1 JOHN wypowiedzial wojne szeryfom w miasteczku tak Rambo Zbyszek wypowiedzial wojne ochroniarzom z Lclerka. Pierwsze kroki skierowal wlasnie do leclerka. Ten ochroniarz stal własnie przy wejsciu i jak zobaczył Zbynia to szedl w jego strone i wołał, żeby lepiej nie wchodzil bo on zakupów już tutaj robil nie będzie. Na to Zbychu powiedzial
- zakupów nie mam zamiaru tutaj robic i moja noga więcej tu nie postanie ale Ty za swoje zachowanie musisz odpowiedziec
- haha i co mu zrobisz dziad.....

i nie skończyl mówic bo mu gardło zatkała pięść Zbycha. Jak mu przyfasolil to gosc sobie usiadł. Zbyszek otrzepał ręce i na dowidzenia powiedzial do tego ochroniarzyny
- to cie powinno nauczyc kultury obszczymurze w mundurze !!!

Tak jak Rambo powiedzial, tak zrobil. Zakupy teraz ogarnia w TESCO bo tez ma w sumie po drodze a Leclerka omija szerokim łukiem. U nas ma szacunek dozywotni, już sie nawet nie smiejemy jak myje okna w mieszkaniu. Przedtem jak mył to wołaliśmy ze własnie kręcą Rambo 4 pod tytułem "Mycie okien bez zabezpieczeń". O i tyle o lokalnym Rambo tym razem.

siema nara hej!!

5 wrz 2010

Basen.

Pardon !
To co lubie w wakacjach i innych ciepłych terminach to opcja: basen albo inny zbiornik wody dla ludzkiej ochłody. Czasem to na tych basenach czy innych żwirowniach, stawach, jeziorach, zalewach i takie takie różne rzeczy się dzieją. Raz to lepsze a raz gorsze ale to w zależności od tego jak się temat układa. Teraz to napisze co się działo kiedyś na basenie co poszliśmy w tym roku całą bandą.

Wiadomo jak ciepło jest to się chce wody. Nawet dortmunder (ten wielbłąd co ma jednego pagórka) musi mieć wodę bo innaczej kaplica i gość idzie w piach. A piachu na pustyni nie brakuje więc możnaby takie dortmundery zakopać byle gdzie i byle ile. Ale to nie ważne z punktu odniesienia do całej mojej opowieści co teraz będe szkicował. No to wstaje rano a tam już taka palma, że jak mnie Kumfa wołał i otworzyłem okno i sobie dałem łokcie na parapet zewnętrzny to mnie poparzyło tak się nagrzał. Jak to mówi mój ojciec ale on to mówi o samochodzie "tak się pieron nagrzał, że możnaby na masce jaja sadzić". Jak chce to niech sadzi ale swoje hihi. I Kumfa się drze:

- Sasza idziesz na basen??
- a kto idzie i o której?
- narazie to ja, Wargul, Popłoch, Paszczak, Kornik i Skobel
- Parnik i Zgniły nie idą?
- Parnik pojechał z ojcem na działke maliny i agrest obrywać bo już dojrzałe a Zgniły jest u babci do końca tygodnia.
- a o której idziecie?
- no za chwile bo goście dopiero wstali i śniadanie muszą zjeść i wychodzą.
- to ok to ja też śniadanie i wychodze. Zabrać coś?
- weź maskę i tyle. aha i jeszcze umyj dupe hahahaha
- myta wieczorem ty lepiej swoją se umyj bo tak pędzi że mi paproć gnije. To okno zamknę żeby całkiem nie umarla. To elo do potem.
- no nara cziko.

To szybko dałem po garach, żeby na mnie nie czekali. Śniadanie króla czyli płatki z mlekiem i cukrem. Wargul to ponoć je płatki z ciepłym mlekiem bo mówi, że lubi jak się mu taki beton robi. W sensie, że nasiąkaja te płatki i wpijają mleko i ma taką ciape. Czasem to nawet soli co już jest całkiem zboczone. Dobrze, że z wodą nie je. Po śniadaniu kita do łazienki, spodenki do plecaka, maski nie mogłem znaleźć, ale potem sobie przypomniałem, że Rondlowi pożyczyłem jak jechał na jakiś obóz i do tej pory nie oddał. Tyle byłem gotowy do zejścia. Wziąłem sobie jeszcze parę krówek do bocznej kieszonki i dziubadło. Jak zszedłem na dół to byłem tylko ja, Kumfa i Popłoch. Dobrze, że reszta szybko przyszła i można było atakować basenik. Poszliśmy normalnie jak zawsze z buta. Dwa przystanki podjechaliśmy na gape. Mogliśmy więcej ale Paszczak panikował już od momentu jak wsiadł, że zaraz kanarencja wsiądzie i nas będą spisywać to wysiedliśmy bo gość już miał kleksa w majtach i cały czas jęczał. Jak doszliśmy pod basen to pDałem okrzyk do ucieczki "noga". oliczyliśmy kabonkę kto ile ma i na co wystarczy. Ja miałem tylko 15 zyli i każdy miał do 20 ziko. To tak szybka kalkulacja co się da kupić za 15 czy 20 i powiedziałem:
- ja ide przez siatkę a za 6 zyla to sobie kupie coś w sklepiku
- ja też przez siatkę nie będą na mnie zarabiać - powiedział Kumfa bo on zawsze byle taniej,
- to ja też mogę przez siatkę - rzucił Popłoch

zapytałem Wargula
- idziesz z nami czy cziken??
- mogę iść
- a ty Skobel??
- eeeeee ja normalnie sobie kupie bilet
- Paszczak? jak wchodzisz?
- ja też na legala wjade bo mi się nie chce jeść

To ich wyśmialiśmy że goście panike zasiali i już galareta w majtach. Oni weszli na bilety a my poszliśmy dookoła siatki, żeby obczaić gdzie będzie najlepsze miejsce do przeskoczenia. Trzeba wybierać takie gdzie troche ludzi leży, żeby nie rzucać się bardzo w oczy i gdzie koło siatki rosną jakieś drzewa czy inne krzaki (takie maskowanie delikatne). To znaleźliśmy przy kortach do tenisa. Ja pierwszy przeskoczyłem. Najpierw plecak a potem ja. Najgorzej bo są takie ostre jakby noże czy dzidy na końcu tej siatki i trzeba bardzo delikatnie i ostrożnie bo można sobie coś zrobić. No ale wiadomo jak się ćwiczy to się umie i bez problemu się taką siateczke przechodzi. Popłoch też szybko przeskoczył, Kumfa to jak małpa nawet nikt nie wiedział kiedy i został Wargul. Gość troche chyba był spanikowany bo więcej się oglądał niż wychodził na siatke. To wołamy, żeby ruszył dupe bo im dłużej stoi tym bardziej go mogą obczaić. To szybko wyszedł i jakoś mu się udało. Był po naszej stronie ale problem tego typu, że zostawił plecak po drugiej stronie. Jak to zobaczyliśmy to zaczęliśmy brechtać z gościa. Powiedział, że drugi raz nie ryzykuje i pobiegł szybko do kasy żeby wyjść i powiedział, że wejdzie normalnie. Jak on pobiegł to Kumfa krzyknął do kolesia co przechodził po drugiej stronie czy może przeżucić mu plecak bo koledzy mu kawał zrobili i mu wywalili za siatkę. Gość podszedł przeżucił plecak i po kłopocie. Za minute dobiegł tam Wargul i pyta gdzie plecak. To wtedy Kumfa podniósł go do góry pomachał i zrobił taki dzwięk taaaaaa daaaaaaammmm. Wargul pobiegł znów do kasy żeby wejść ale zapomniał, że kasę miał w plecaku. Zaraz się znów wrócił i prosił żebyśmy mu dali kase bo nie ma jak wejść i znów szydera z gościa. Daliśmy mu kasę i za 3 minuty już był koło nas cały spocony jak szczur ze świecącym czołem. Znów go wyśmialiśmy ale już tak mniej bo nam go szkoda było.

Szybka akcja z przebraniem spodenek pod ręcznikiem i strzałka do wody. Najpierw bawiliśmy się trochę w ściganego, potem nurkowanie na odległość a potem skoki do wody z rozpędu. Tutaj wkroczył ratownik i kazał nam przestać bo skakać można tylko na głębokości 3.30 a nie na 180. Bez sensu bo na 3.30 nas nie chce wpuścić nigdy bo tam starsi tylko mogą więc nie możemy skakać. Mamy gościa zawsze gdzieś i jak idzie to znów skaczemy a potem jak coś to uciekamy. Najlepsze miało jednak nadejść. Znalazłem baterie taką R14. Chyba ktoś słuchał kaseciaka stereo i mu baterie padły to zostawił koło basenu. Wziąłem jedną i wskoczyłem z nią do wody. Zawołałem do Popłocha żeby łapał i tak sobie rzucaliśmy tą bateria trochę. No i znów miałem ja bateryjkę i rzucałem do Kumfy co stał koło drabinek a ja na środku basenu. I tak strzeliłem z nadgarstka piękny rzut. Bateria pociska tuż nad taflą wody w stronę Kumfy i Dałem okrzyk do ucieczki "noga". nagle jakiś pajać wypływa w masce do nurkowania i dostaje bateria prosto w środek maski. Widziałem na własne oczy jak robi mu się pajęczynka między oczami i zaczyna lecieć krew. Gość od razu włączył syrenę alarmową i zaczął wołać TATO, TATO UAAAAAAAAAA. Zobaczyłem jak jakiś owłośiony facet biegnie do basenu. Pomyślałem tylko i jednej rzeczy. Spieprzam stąd. Jak się rozglądnąłem to Kumfa już biegł na koc a Popłocha nie widziałem. Szybko dałem nura i pod wodą dopłynąłem do barierek i jak wyszedłem na brzeg to w ciągu 5 sekund byłem za drzewami na kocu. Gość wyciągnął synka z basenu i gdzieś poszli. Nie wiem dokładnie gdzie bo trochę mieliśmy kleksa w majtach, że nas będą szukać po całym basenie. Pomyśleliśmy, że lepiej będzie się ewakuować w inne miejsce.

Poszliśmy na inny basen bo mamy dwa i do wyboru. Rozbiliśmy obóz i poszliśmy znów do wody. Paszczak chciał trochę przyszpanować i zaczął chodzić na rękach po murku od basenu. Wtedy jakaś powalona panna popchnęła go i Paszczak całą klatą przejechał po murku. Szybko wypłynął i miał całą klate we krwi. Zdarta skóra i cały podrapany. Szybko pobiegliśmy z nim żeby poszukać jakiejś pielęgniarki czy coś. Nikogo nie było ale u babki co stała z lodami jak się zapytaliśmy co zrobić to ona powiedziała, że trzeba to odkazić. No to daliśmy Paszczaka i ona mu polała cała ranę spirytusem salicylowym. Jak to zrobiła to Paszczak wydał najlepszy okrzyk w swoim życiu. Myśle, że słyszeli go wszyscy na basenie otwartym i nawet na krytym co jest obok gdzie kadra skoczków ćwiczy skoki do wody. To było mocne. Tak go piekło że się darł i nie wiedział co zrobić. Podpowiedziałem mu, żeby biegał dookoła budki z lodami to będzie miał wiatr i chłodzenie rany. Pobiegał tak ze 2 minuty i mu przeszło tak jak mówiłem. Paszczak musiał iść do cienia czekać aż mu wszystko zaschnie a my postanowilismy się zemścić na tej głupiej pannie. Popłoch miał pomidory do jedzenia. Dał każdemu po jednym i poszliśmy na polowanie. Wyczailismy tą pannę jak stała sobie koło barierki jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się, stało i musiała mieć karę za to że jest głupia. Podeszliśmy na dobrą odległość i pierwszy rzucił Popłoch. Ale nie trafił i pomidor wleciał do wody. Już ktoś chyba nas obczaił bo pokazał na nas palcem. Wtedy i ja i Kumfa wzięlismy zamach i rzuciliśmy. Nie wiem czyj pomidor trafił tą pannę w głowę i rozwalony wpadł do basenu a który trafił w plecy kolesia który stał jakies 3 metry od niej. Wydaje mi się, że ja trafiłem tą pannę ale tak samo wydawało się Kumfie. Ta panna zaczęła krzyczeć ale to akurat dobrze bo powinna krzyczeć ale ten koleś co dostał w plecy nie powinien się odwrócić i zobaczyć kto rzucał. Można byłoby coś udawać ale nie dało się bo Wargul stał koło nas z dwoma pomidorami w ręce. Było wiadomo, że to nasza banda rzucała. Zaczęliśmy uciekać ile pary w przeszczepach. Ja biegłem pierwszy w stronę ręczników. Tam leżał Paszczak. Ja się darłem, żeby zbierał rzeczy i naginamyyyyyyyyyyy. Szybko wziął ręcznik wsadził buty na nogi i kita w stronę kas. My też dobiegliśmy po rzecz zebraliśmy w 2 sekundy, plecaki i ręczniki i ruraaaaaaaaaaaaaaa. Zdarzyliśmy na styk bo koleś musiał ubrać sobie jakieś buty więc mieliśmy małą przewagę nad nim. Jak byliśmy już po drugiej stronie bramy to on dopiero dobiegł ale już nie przechodził na drugą stronę bo jak się wyjdzie to trzeba kupić nowy bilet. Taka zasada na basenie.

Mieliśmy dobrego farta, że nam się udało. Paszczak miał potem zakaz chodzenia z nami gdziekolwiek bo jak powiedziała jego matka "następnym razem zabijesz się przez tych koleżków" i nie chciala słuchać, że go pomściliśmy i że nie nasza wina. Bardziej przewalone miał w sumie Wargul bo z pośpiechu nie zabrał discmana jego brata i zostało to na basenie gdzieś tam gdzie mieliśmy ręczniki rozłożone. Potem musiał mu oddawać kasę ale i tak miał szlaban od swojego ojca na 3 dni wychodzenia z domu. Ja tym razem bez żadnych problemów w domu.

I tyle. Basen to jest to !!!

3 wrz 2010

Rolnik lepka ręka.

How Di Du Di !

Rolnik (ksywa zmieniona tak jak zmieniali w W11, że osoba nie była prawdziwa) to taki gość z osiedla. Młodszy o rok ode mnie ale się z nami kolegował trochę. Kiedyś poszliśmy do koleżanki naszej na urodziny. Robiła w domu swoim gdzie mieszka. Poszlismy w ośmiu chyba albo coś koło tego. No i wtedy się zbierało takie albumy z naklejkami bo to kilka lat temu było. Rolnik też zbierał chyba jakieś trzy serie. Nie wiem dokładnie co bo ja nigdy nie zbierałem takich rzeczy. No i my siedzieliśmy na dole a były też pokoje na górze. Tak w połowie gdzieś to dziewczyny oglądały włąśnie te albumy z naklejkami i Rolnik też oglądał bo się zajarał. Potem ta koleżanka poszła zanieść na góre te albumy do pokoju i wróciła na dól. Rolnik potem poszedł do łazienki bo na dole była zajęta. Tzn on powiedział, że idzie do łazienki. Wrócił i potem troche tańczyliśmy do takich przebojów co składanke Wargul zrobił. No i Rolnik zaczął trochę tańczyć. Jak poleciał Papa Roach - Last Resort to gość oszalał i zaczął skakać takie pseudo pogo co się robi w szkole na rokotece czy coś. I jak zaczął poging to koszulka mu zaczęła do góry podskakiwać na maksa i pokazywał mu się brzuch i plecy. Wtedy wymiękliśmy na maksa. Patrzymy a gość miał naklejone na ciało naklejki na brzuchu i plecach. Gość poszedł na góre znalazł albumy i poodklejał z nich te naklejki co mu brakowało. Potem nie wiedział gdzie je dać to sobie nakleił pod koszulką. Koleżanka to też widziała i trochę Rolnik musiał zakończyć imprezę przed czasem. Po prostu wywaliła go z domu i powiedziała, że jest "gnida dworska". No i trochę ta ksywa mu się trzymała przez jakiś czas i wolali na niego gnida.

Druga sprawa z Rolnikiem była taka. W piaskownicy czasem jak byliśmy jeszcze mniejsi niż na urodzinach u koleżanki to bawiliśmy się resorakami w piachu. Takie tam różne tory robiliśmy i w ogóle resoraki w piachu. Czasem przychodziły też mniejsze dzieci z resorakami bawić się na naszym torze. Mieliśmy nawet podziemne przejazdy albo wjazd pod wode i takie takie. Często w trakcie zabawy ginęły resoraki i nie można było ich znaleźć. Raz zgineło ze trzy za jedną zabawą. W tym mój zmienianiący kolor z matchboxa resorak co go dostałęm od kuzyna z Hiszpanii. Pomyślałem, że coś musi być śmierdzące w tej całej sytuacji co resoraki tak giną w piachu. Zgadałem się z Popłochem, że musimy obczajać piaskownicę bo coś jest na rzeczy. Cały czas miałem monitoring w oknie na piaskownice w sensie, że patrzyłem przez okno. Zmieniał mnie Popłoch. Jak się ściemniło to ja zobaczyłem, że ktoś wyszedł z klatki i idzie do piaskownicy. Szybko dałem sygnał Popłochowi. Miałem lampke i mrugałem światłem w pokoju, żeby wychodzić na podwórko szybko. Zbiegłem na dół bez świecenia na klatce i już czekał na mnie Popłoch. Skradliśmy się pod piaskownicę żeby obczaić o co się rozbiega. Podczołgaliśmy się blisko i patrzymy a tam Rolnik w piachu grzebie. Szybko go zaatakowaliśmy z Popłochem. Co się wykluło na światło dzienne? Rolnik bawił się z nami resorakami i jak mu sie jakiś spodobał to zakopywał go w piachu w rogu piaskownicy. Potem przychodził w nocy i wykopywał. Zabraliśmy mu te resoraki co ukradł i kazaliśmy oddać wszystkie bo innaczej powiemy jego matce. A jego matka była świrem i chyba miałby totalną kose jakby się dowiedziała. W sumie to nas błagał żebyśmy go nie wydali. Popłoch powiedział, że nie powie jak zje Rolnik zje garść piachu. Zjadł ale nie całą garść i pobiegł przepijać do pompy. To wołaliśmy, że nie ma popijania piachu. Zmieniliśmy mu na coś latwiejszego i miał przejechać językiem całą zjeżdżalnie od góry do dołu żeby było widać ślad że lizał. No i zrobił to. Brakowało mu śliny ale odczekiwaliśmy i lizał aż będzie ślad. Niech się cieszy, że nie kazaliśmy mu jeść psiej kupy albo sraki gołębia bo kiedyś gość z innego osiedla co ukradł Wargulowi rower i go złapaliśmy to musiał zjeść gówno gołębia z parapetu za kare, żebyśmy go nie wydali do jego matki.

O i tyle bo nie ma co reklamować złodziejów.

Eloza!!!

28 sie 2010

Sto lat Skrzypek.

Hajf Fajf !!

Ale mi się przypomniała heca co ją z Kumfikiem zrobiliśmy gdzieś w lutym tego roku bieżącego, Anno Domino !!

No to było tak i już piszę.

Siedziałem sobie w domu na wyluzowaniu wieczornym w swoim pokoju. Akurat było fajnie bo piątek wieczorem to można mieć wykładkę na wszystko i nic nie trzeba robić. To jak nie trzeba robić to sam od siebie zajęć szukał nie będę. Wiedziałem, że od rana to i tak mnie ojciec zagoni do czegoś dziwnego więc sobie siedziałem i grałem w grę co była moja ulubiona wtedy i nazywa się Earth Defendor. Zbadaj ten temat. http://www.gry.pl/gra/Earth-Defender.html
No nie ważne. I tak nagle dzwoni domofon. Odebrała moja mama i mnie woła że to do mnie jakiś kolega. Szybko poszedłem biorę słuchawkę i mówię.

- słuchawa tu bajer zabawa.
- Piona Sasza tu Kumfik. Wychodź szybko na pole bo jest konkretna akcja.
- No ale o co chodzi bo mi się trochę nie chce ubierać i wyłazić teraz z domu
- Stary no Ci mówię, że nie pożałujesz i będziesz mi dziękował, że przyszedłem po Ciebie a nie po kogoś innego.
- No dobra to zejdę za chwilę ale jak nie będzie spoko to wisisz mi pakiete dziubadła ok?
- Gościu wyłaź.
- Ale dziubadło będzie jak okaże się ze lipa?
- Będzie, wychodź szybko bo czas pali.

No i szybko się ubrałem i wyszedłem przed klatkę a tam stał Kumfa ubrany cały na czarno jak jakiś komando foki. Było już wszędzie mega ciemno, bo to koło 19:30 już jakoś było czy 20:00 nie wiem dokładnie ale na pewno było po 19:30 bo mój ojciec zawsze idzie zajarać na balkon po tych wiadomościach w TVN a jak siedziałem w pokoju i dzwonił Kumfik to ojciec jarał na balkonie. Stąd wiem która była godzina mniej więcej.

No i pytam się Kumfy o co chodzi a on mówi:

- chodź musisz sam zobaczyć.
- Ok to pokaż.
- Za mną!

Zaprowadził mnie za blok, zatrzymał się przy balkonach i mówi:

- Tutaj!!
- no ok fajnie, że tutaj ale o co chodzi.
- No patrz się kurde
- no gosciu patrze się ale widzę balkony i śnieg.
- Ja pierdziele !!!

i wtedy palcem pokazał mi na balkon pierwszy z brzegu na parterze. Tam mieszkał taki nasz kolega, tzn nie kolega bo nie za bardzo się z nim kolegowaliśmy a raczej to wcale się z nim nie kolegowaliśmy. On to taki maminsynek i do tego grał na skrzypcach. My w piłkę czy coś a on z futerałem na lekcje skrzypków. A jego ojciec jak się bawiliśmy w chowanego w piwnicy u Kumfy (bo oni są sąsiadami drzwi w drzwi) to zawsze przychodził i nas wyrzucał albo zamykał nam drzwi wejściowe na klucz i nie było czasem jak wyjść. No i on mi pokazał ten balkon ale ja dalej nie wiedziałem o co za bardzo chodzi i mówiłem mu że dalej nie widzę tego co mi chce pokazać. W końcu powiedział, żebym podszedł bliżej bo stąd to może faktycznie nic nie widać. Podszedłem przyglądam się i zobaczyłem o co biega. W śniegu na balkonie stała tortownica (no takie coś okrągłe co tam się torty wkłada jak się robi i potem takie zatrzaski są z boku i się rozszerza i można wyciągnąć torta). Ja się odwróciłem do Kumfy i zapytałem:

- Tortownica???
- TAK TORCIK KURWA, TORCIK!!!

Prawie się zadarł zacierając ręce z głupim uśmieszkiem na gębie.

- skąd go wyczaiłeś?
- Poszedłem na balkon bo mi mama kazała przynieść warzywa co się studziły po ugotowaniu do zrobienia sałatki warzywnej. Jak brałem garnek to widziałem, że u Skrzypka jakaś impreza i mi się przypomniało, że ma dziś urodziny osiemnastkę. I wtedy w oko wpadło mi to metalowe coś w śniegu u nich na balkonie. Zacząłem obczajać i zajarzyłem, że to na 100% tort urodzinowy.
- Widział Cię ktoś?
- Nie no nikt mnie nie widział i nikomu nie mówiłem nić. Szybko wyszedłem na pole i pobiegłem po Ciebie bo masz długie ręce to będzie Ci łatwiej ściągnąć torcik z balkonu.
- Aha ok no to co działamy nie?
- No jakbyśmy nie działali to bym Cie tutaj nie ściągał przecież.

No i zaczęliśmy działać. Ja szybko wyszedłem na balkon tzn tak, nie że byłem na balkonie ale tak za barierką stałem. Schyliłem się na maksa i zabrałem tą tortownice. Szybko dałem ją Kumfie, zeskoczyłem i pobiegliśmy za budynek taki co nas jest na podwórku, tam co rzeczka taka mała płynie i gdzie po rurach się chodzi. Jak dobiegliśmy to najpierw obczajaliśmy czy nikt nas nie widział. Ale nic nie było widać, żeby ktoś się kapnął czy coś takiego. U Skrzypka było głośno bo imprezka była, jakaś muzyczka i tam ogólnie jak impreza u ludzi drutów. Zdarliśmy to złotko takie srebrne co była przykryta tortownica i okazało się, że to torcik taki z galaretką na górze i taki warstwowy z owocami a na dole biszkopt. Taki co mega lubie i Kumfa też mega lubi ale on to raczej wszystko mega lubi co można zjeść i na dodatek słodkie a jak za darmo to już w ogóle. Nie mieliśmy łyżek ani nić innego to zaczęliśmy jeść rękami. Ja miałem pół i Kumfa drugie pół torta. W sumie nie zeszło nam jakoś długo z obronieniem tej foremki. Tak po 10 minutach było już po wszystkim. Ja się zapytałem.

- ok ja mam dość jedzenia bo najadłem się jak prosię. Co robimy z tortownicą? Oddajemy Skrzypkom?
- Powaliło Cię? Chcesz żeby nas ktoś złapał jak będziemy oddawać? Nie ma co ryzykować.
- To co z tym zrobimy?
- Dawaj ja się tym zajmę!!

Wziął ode mnie tortownice, podrzucił ją i wykopał do rzeczki. Popatrzył na mnie z uśmiechem takim trochę jak szelma i powiedział:

- tak to się kurwa Sasza robi na dzikim zachodzie. Wykop z zatarciem śladów!!

Od tego jedzenia rękami mieliśmy całe tłuste ręce i śliskie takie. Zeszliśmy trochę umyć do rzeczki ale woda zimna to nic nie dało dalej były śliskie, Próbowaliśmy śniegiem ale też nic nie dawało. W końcu olaliśmy mycie rąk i zdecydowaliśmy się iść do domu. Jak wracaliśmy to Kumfa powiedział:

- Wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze?
- Nie wiem.
- Wyobraź sobie tak. Godzina 21:00 Skrzypek troszkę przyciemnia światło, przycisza lekko muzyczkę i mówi. „moi drodzy a teraz mała niespodzianka”. Wychodzi na balkon po torcik, żeby zrobić tą niespodziankę, patrzy a tam zamiast torciku dziura w śniegu. Torciku nie ma bo jest u nas w brzuchu. Ale za to jaka kurwa niespodzianka hahahaha.
- No dobre dobre haha. Ale powiedz mi czemu się tak cały na czarno ubrałeś?
- No jak to po co, przecież jest noc i akcja to żeby być niewidocznym. Proste.
- Niby tak ale wszędzie jest śnieg to chyba bardziej Cie widać jak masz czarne ciuchy.
- Weź się zatkaj, ide do domu.
- No ok nara.
- No na razie

I w sumie tyle. Wróciłem do domu nie zjadłem kolacji i dostałem za to opierdziel od ojca. Wiadomo, że kitowałem, że mnie brzuch boli i nie mogę nic jeść. Nie powiem przecież prawdy ze ukradłem tort i zjadłem go rękami a tortownice wykopaliśmy do rzeczki, żeby zatrzeć ślady. Teraz to mi się wydaje, że to było chamskie tak ukraść tort gościowi i jeszcze wywalić opakowanie. Pewnie bym tak nie zrobił więcej. Ale wtedy to jakoś nie myślałem o tym tylko już zastanawiałem się jaki torcik i czy dobry będzie.

Ok ide do sklepu.
Siemanejro

1 maj 2010

Usypianie.

Siemanejro !!

O ja ale przygody robiliśmy ostatnio, że szok macicy normalnie! Dziś pełen luz bo ojciec pojechał z moją mamą i ciotka i wujkiem na długi weekend do domku na zalewem. To nie domek mojego ojca tylko jego kolegi z pracy i czasem mu kolega pożycza klucze i on jedzie. Chciałby mieć taki własnościowy ale teraz to zbiera kase na jakąś rocznicę ślubu bo będzie jakaś porcelanowa za 3 mcę i chce gdzieś jechać z mamą.

Nieważne bo są lepsze rzeczy co chce napisać. Usypianie to jest to kurde balans. Odkrył to Kumfik jak był na święta u kuzyna w Turzym Polu koło Brzozowa. To kuzyn pokazał mu jak robić usypianie. Się staje pod ścianą, robi sie schyłkę do dołu całym brzuchem tak jakby ktos zawalił z ciosu karate i przygięło. Ładuje się szybkie wdechy i wydechy, potem sie podnosi podnosi i ktoś naciska i się usypia. Nie mogę pisać jak to się robi dokładnie (bo ja wiem idealnie jak się robi tzn cały przepis znam) bo się dowiedziałem kilka rzeczy o tym i żeby potem nie było na mnie.

To jak wrócił i byliśmy w szkole to powiedział, że zna nowość i jak ktoś chce to może go uspić. To ja chciałem zobaczyć i powiedziałem żeby mi zrobił. Akurat była technika i robiliśmy jakieś pierdoły z pilotami do TV i facet wyszedł po jakąś lutownice do kantorku. Bula pilnował drzwi czy będzie szedł facet a Kumfa zaczał mnie usypiać. Kazał mi iść na koniec klasy żeby nie było ławek. To poszedłem i mnie uśpił. Ostatnie co pamiętam z tej akcji to jak robiłem wdechy i wydechy. Obudził mnie bijący mnie z otwartej facet z techniki i cała banda ludzi która stała nad jego głową. Jak otworzyłem oczy to takie uczucie że jestem w innej czasoprzestrzeni. Wydawało mi się, że to takie spanie cały czas. Ale jak otworzyłem oczy i dostałem w gębę z otwartej ręki wielkości podkładu do tortilli to wiedziałem, że nie spie. Darł się na nas facet jakby ktoś mu wsadził gorący pręt do tyłka. Śmiechowe było że mu sie głos zmieniał. Raz ryczał jak wokal Walls of Jericho a raz piszczał jak Enrike Iglelias. Jak zaczynało mi się chciec śmiać to przypominałem sobie jak mnie walił w gębe i mi sie już nie chciało śmiać.

Kurde balans ale jak się budziłem to uczucie kosmosowe. Nie wiedziałem gdzie jestem i co się działo. Tak jakby na jawosnie działo się to wszystko. Moje ulubione ostatnio. Ale już się nie usypiam ale po koleii.

Poszedłem do kościoła i w sumie nie doszedłem tylko skręciliśmy na budowę co się buduje w okolicach domu parafialnego. Tam mieliśmy baze na czas mszy i potem jak ludzie wracali to my cyk z budowy i razem z ludźmi na osiedle. Diabelsko dobrze obmyślony plan. Weszliśmy na budowe i coś tam gadaliśmy sobie na luzaku. To ja powiedziałem po jakimś czasie że chciałbym się uśpić. Kumfik już nie chciał bo się przestraszył po ostatnim razie jak go gość z techniki zmieszał z marcepanem. To spoko majonez było nas pięciu to uśpił mnie Fajson. Znów mega uczucie jak się budziłem. Nie wiedziałem gdzie jestem i nagle bicie z mniejszej ręki niż gościa od techniki w twarz i sie budzę. Ale tylko się obudziłem to trzeba było wybiegać z budowy i dołączyć się do ludzi. To szybko rura i do domu razem z peletonem. Jak wszedłem do domu to zaczął sie sajgon. Zaraz przede mną wszedł ojciec z mamą. Jak ja wszedłem to oni właśnie byli w przedpokoju. Jak mnie ojciec zobaczył to zaczął się drzeć. "Gdzieś znów był gówniarzu" "Do kościołą nawet nie potrafisz jak człowiek pójść i wrócić" "za rękę będziesz ze mna chodził" o i takie tam. Nie wiedziałem o co gosciowi chodzi drze sie a ja bez pomyślunku o co idzie. Dopiero jak mi mama pokazała moje ciuchy z tyłu i z boku to się skapciłem o co biega. Cały brudny byłem z kurzu i prochu. To po usypianiu jak się wywaliłem (bo jak cię uśpią to się wywalasz na glebe) na budowie co całe ciuchy miałem opitolone w syfie budowniczym. Kurde za szybko się wszystko działo. Nie pomyślałem o tym i sie nie wyczyściłem tylko na brudasa wbiłem w peleton i do domu. Nie miałem jak się wytłumaczyć bo nic nie wymyśliłem na prędkości. Powiedziałem, że jak wracałem z kościoła to szybko biegliśmy przez budowę i się wywaliłem. Matka uwierzyła i ojciec chyba też ale wytłumaczenie bez sensu. Przecież nie powiem że się usypiałem i nie byłem w kościele. Dobrze, że zapomnieli się zapytać jaki był ksiądz i jakie kazanie bo ja się nikogo nie zapytałem po drodze tak się podnieciłem usypianiem. Potem cała niedziela był już luz tylko zakaz wchodzenia na budowę i tyle.

Po szkole we wtorek jak wracaliśmy to spotkaliśmy Wargula jak wynosił śmieci z domu bo jego w szkole nie było bo miał jakieś z wizą do USA spotkanie z rodzicami i pojechał. W piątek też go nie było w szkole to nic nie wiedział o usypianiu jeszcze. Powiedzieliśmy że możemy go uśpić. On nie wiedział o co chodzi i nam nie wierzył. To mówie no to dawaj pod drzewo to Cie uśpimy. Na ławce obok nas siedziała Styśiowa z wnuczką Bojdowa z zakupami i się na nas gapiły. To Wargul stanął pod drzewem zrobił oddychanie i ciach go na klate i gość spadł na ziemię. Zaczęło nim telepać na maksa i z gęby poleciała mu ślina. Zaczęliśmy go walic po gębie ale nic to nie dawało. Nie chciał sie obudzić tylo leżał z oczami całymi białymi wywalonymi do góry. Kurde balans spanikowaliśmy na maksa i zaczęliśmy się drzeć pomocy pomocy na cały regulator. Wtedy szybko przybiegła właśnie Bojdowa ze Stysiową i coś zaczęły robić nie wiem co ale się Wargul obudził. Bojdowa wyciągnęła telefon i zadzwoniła gdzieś a my w tym czasie ucielkiśmy na klatkę do Popłocha. Staliśmy na kaloryferze i patrzyliśmy przez okienko co się dzieje. Przyjechała karetka i zabrali Wargula. Po chwili z klatki wybiegła jego mama z ojcem i pobiegli szybko do samochodu i gdzies pojechali. Chyba za karetką ale tego nie wiem. Jak oni odjechali to się wtedy parapet wysunął na klatce bo był taki starszy drewniany. Ja zeskoczyłem szybko na nogi ale Popłoch był najbliżej schodów i poleciał do tyłu i sturlał się po schodach i też coś mu się stało bo nie mógł się podnieść i mówił, że nie może głowy podnieść. Szybko pobiegłem piętro wyżej do jego mamy i powiedziałem że Popłoch spadł ze schodów. Jego mama szybko zadzwoniła po pogotowie i przyjechali i zabrali go do szpitala. Ja już podziękowałem za wszystko i szybko poszedłem do domu.

Okazało się potem, że Wargul miał coś z sercem i coś mu sie zatrzymało w tym sercu na chwile i mógł umrzeć. Teraz co tydzien chodzi do lekarza na jakieś kontrole ale chyba troche szczęścia w tym było bo ponoć to jakaś ukryta wada była i oni nie wiedzieli a po badaniach się dowiedzieli że cos Wargul ma z pikawą nie do konca dobrze. Na szczęście nas nie zakapował ani on ani Bojdowa też nie powiedziała nikomu że go usypialiśmy bo one nie widziały, że usypialismy bo zasłanialiśmy nami widok Wargula. Dopiero zobaczyły jak Wargul sie telepal na trawie. Popłoch miał wstrząs mózgu i musiał 3 dni leżeć w szpitalu i nie mógł podnosić głowy bo coś sie mu mogło zrobić. Byliśmy u niego chwile i chwile u Wargula bo leżeli w tym samym szpitalu ale na innych działach.

Od tamtej pory to się już na osiedlu nie usypiamy. Jak powiedziałem bratu to powiedział, że debile jesteśmy i że mamy się cieszyć, że nikt nie umarł. Powiedział że szkoda że mi się nic nie stało to może bym troche zmadrzał bo półdebil jestem do potęgi entej. A Kumfie mama powiedziała że to sie serce zatrzymuję na chwile i brakuje tlenu i taka śmierć kliniczna się robi. To ja miałem śmierć kliniczną dwa razy ale ani raz nie widziałem tunelu ani mi się rzeczy nie przypominały z całego życia. Przypomina mi się za to do tej pory wielka ręka gościa z techniki i jak się ojciec na mnie darł i jak Wargulem telepało pod drzewem. Popłoch sie nie liczy bo jemu potrząsneło mózgiem nie przez usypianie tylko przez to że sie parapet wyrwał na klatce.

Nie usypiajcie się mówie Wam bo można zrobić coś głupiego. O dużo głupszego i gorszego niż spalona saletra czy coś. Lepiej w gałe popykać albo w zamrażanego.

Siema nara hej !!


4 kwi 2010

Saletra.

Siemanejro.

Opitoliłem właśnie dwa talerze żurku z jajkiem i jestem pojedzony prawie tak jak babki co pokazywali je ostatnio w rozmowach w toku. O 13 mam obiad to mogę teraz sobie trochę posiedzieć na necie. Ojciec się nie drze na mnie bo są dziadkowie to stara się pilnować i nawet nie przychodzi i nawet pozwolił mi kompa włączyć. Ogólnie to lepszy się zrobił po spowiedzi co był na niej w czwartek. Pewnie niedługo mu się zapomni że był i znów będzie się mnie czepial i sprawdzał co robie. Ostatnio to właściwie muszę mu przyznać, że miał się o co czepić bo trochę zawaliłem ale to nie do końca moja wina była. Nazbierało mi się. Zresztą to napiszę jak było i sobie można będzie ocenić.

W tamtym tygodniu w piątek po szkole nakupiliśmy saletry z chłopakami bo chcieliśmy sobie porobić różne eksperymenty na weekendzie. W sobote z samego rana ja i Popłoch robiliśmy mieszanie u mnie w piwnicy. Dobre proporcje cukru i saletry i nam wyszło tego dwa słoiki takie po ogórkach kiszonych albo innej papryce marynowanej. Ja słoików miałem dużo to przyniosłem i tak właśnie wyszły dwa a myślałem że będzie trochę więcej. Jak już było gotowe to trzeba było sprawdzić czy dobrze się pali. To nasypaliśmy taką mała porcje na korytarzu w piwnicy żeby sprawdzić jak wyjdzie bo nie chciałem tego w mojej palić tak centralnie bo potem ziemniaki smierdzą dymem i ojciec by się mogł kapnąć, że coś się hajciło. No to testowaliśmy mieszankę i kurde jak się zapaliło to tak trochę zaczęło strzelać tymi iskierkami i słoiki były niezakręcone i wpadło do słoika i zaczęło się wszystko kopcić. To było bez planu i trochę spanikowaliśmy jak to tak wyskoczyło i wskoczyło do słokika ze świerzutką saletrą a potem do tego drugiego co go niechcąco przewróciłem nogą i sie paliło wszystko. Mieliśmy gasić ale nie było czym a ja miałem nowe buty to nie chciałem sobie podeszwy stopić i my uciekliśmy. Już jak uciekaliśmy to było grubo dymu że nic nie dało się widzieć. Wybiegliśmy szybko z klatki i pod balkonami żeby nikt nas nie widział dookoła bloku i wyszliśmy z innej bramy całkiem po drugiej stronie podwórka. Jak wchodziliśmy do kwadratu to myśmy się prawie posrali ze strachu. Dymiło się z każdego okna na klatce schodowej i chyba w całej klatce każdy miał otwarte okno. Zaczęliśmy udawać zaskoczenie i pokazywać palcami na klatke i na dymy i ogólnie że przerażenie mamy w sercu że coś sie pali. Przerażenie to było prawdziwe bo myślenie było takie że sie jakaś piwnica zapaliła tak na bum cyk cyk. Siedliśmy na ławce rozdzielili dziubadło co Popłoch mial w kieszeni i jedliśmy i gapili co się dzieje. Tak po chwili to straż pożarna przyjechała i szybko pobiegli do klatki. To nie wiem co się działo w środku bo nie szliśmy tylko się gapiliśmy. Ogólnie to się wszyscy z podwórka gapili. W oknach stali i się gapili co się dzieje i co się pali. Tak ta straż szybko okna w klatce pootwierała i się wszystko wietrzyło i tylko dymy szły i było czuć taki zapach inny niż jak się nic nie pali. To w sumie po godzinie już nie było nic z dymu tylko zapach dziwny w całej klatce i trochę piwnica taka zakopcona i dwa wielkie takie czarne miejsca na podłodze. W sumie to dopiero sprawdzaliśmy w niedziele co się stało bo mieliśmy cykawe wchodzić i oglądać. Ojciec mnie pytał czy wiem kto to spalił bo strażacy mówili że to saletra się paliła. Ja mówiłem że nie wiem bo mnie nie było i przyszedłem jak się już paliło. Ale fuks że nie testowaliśmy u mnie w piwnicy tylko na korytażu. To się nam pofarciło, że nikt nas nie widział i ogólnie że nic się nie spaliło tylko że dymy poszły. Bociańska gadała z moją mamą i powiedziała że jak się dowie kto to to nogi z dupy wyrwie bo dopiero malowała przedpokój i kuchnie a ona w pracy była i miała okno otwarte i jej dużo dymu naleciało do mieszkania. Na parterze mieszka to najwięcej jej chyba wleciało. Ona jest wielka baba to na serio chciałem żeby się nigdy nie wydało że to my z Popłochem paliliśmy tą saletre.

Jak już trochę to wszystko ostygło to znów zmieszaliśmy trochę saletry ale koło smietników na parkingu żeby znów nie było takiej akcji jak ostatnio. To była środa jakoś i po szkole byliśmy z Popłochem, Parnikiem i Wargulem. Zrobiliśmy tak kilogram mieszanki i wzieliśmy do piaskownicy żeby sobie zrobić wulkan. Parnik usypał fajny kopiec taki i tunel do tego kopca i w środku była dziura. Wsypaliśmy saletrę i taką ścieżke też usypaliśmy żeby szło jak na filmach do wybuchu. Podpaliliśmy i czekaliśmy co będzie czy fajny nam wulkan wyjdzie i czy dobre dymy będą i jakaś lawa wystąpi. To tak po 10 sekundach nic się nie działo to poszedłem popatrzeć z góry czego się nie kopci nic i jak byłem już blisko to wtedy mi wybuchło. Nagle się chyba ten lont skończył i doszło do dużej porcji i normalnie wybuch jak na tym filmie co ten co grał bonda brał udział. Taki ładny co grał też w innych filmach. No nie ważne. Tak mi to wybuchło i opryskało mnie całego takimi gorącymi ziarnami. Miałem ortalionówke UMBRO mojego brata i szlag jasny cała spalona i stopiona od tego wybuchu. Do tego jak pech to pech bo akurat ojciec mój z pracy wcześniej wrócił i zobaczył jak palimy saletre w piaskownicy. Przyszedł do nas zaczał krzyczeć wydarł mnie z piaskownicy i zatargał do domu. Chłopaki się przestraszyli bo powiedział, że zaraz będzie dzwonił do ich rodziców powiedzieć co robią. To zaczęli przepraszać i obiecywać że już nigdy nie będą. Najbardziej to Wargul przepraszał bo jakby jego ojciec się dowiedział to chyba by go przeciął na pół. Ale mieli farta bo mój ojciec nigdzie nie dzwonił.

Przewalone miałem tylko ja. W domu to nawet nie będę pisał co się działo. Jak weszliśmy do środka to mnie tak jakby wrzucił do mieszkania i jak mnie wrzucał to ja wpadłem na szafkę z butami. Na szafce stał wazon z kwiatami co mama go dostała od ojca na rocznice jakiś tydzień wcześniej. To takie dziwne było bo był piasek kamyki i woda i takie warstwy dziwne nie wiem jak to było zrobione no i kwiatki. To on spadł ten wazon i się rozwalił i woda wylała się na wykładzine co ona nowa była. Woda to nic ale ten piasek się cały rozwalił i się normalnie błoto zrobiło a wykładzina jasna zeby pasowała do sufitu co go podwieszali w jesieni to było wszystko widać. Buty to się ściągało przed wejsciem do domu żeby nie wybrudzić a tu nagle błoto. Ojciec się ugotował jak zobaczył że to się rozwaliło. Chciał mnie z kopa poczęstować bo mnie nigdy nie bił ale mi dawał albo z otwartej ręki w tył glowy albo za ucho albo z kopa mi sadził. To jak chciał mi zawalić kopa to się odsunałem i on sobie gołą nogą tylko w skarpetce (bo buty ściągnał przed drzwiami bo ta wykładzina była czysta wtedy) trafił w tą szafke na buty co na niej stał ten wazon co się rozwalił. Wtedy mu się paznokiec tak oderwał od dużego palca i mu się krew polała. Zaczął się drzeć że mam mu zejść z oczu w tej chwili bo jak nie to mnie tutaj ukatrupi. Dobrze że mama weszła to mnie nie zabił bo chyba był gotowy to zrobić. Mama pojechała z nim do lekarza i mu coś z tym paznokciem robili ale nie wiem do tej pory co bo z nim nie gadam bo się boje odzywać. Do szkoły nawet wcześniej wychodze i czekam w szatni 25 minut bo nie chcę się z nim mijać w korytarzu rano bo mam cykwę.

Za karę to musiałem sprzątać tą cała wykładzine i odkurzać i prać i wszystko ale się nie dało zrobić na zero. Trzeba było ja odwrócić tak zeby ta brudna cześć byłą pod taką szafą co się w niej trzyma płaszcze i kurtki na zimę. W sumie to jak ktoś nie wie to nawet nie będzie widział rożnicy ale ojciec wie i pamięta i to najgorsze. Tak jak od ojca nie dostałem to brat jak zobaczył umbro zniszczone to mi dał w mordę i w brzuch. Tak mi dał w mordę że mi się dolna jedynka ruszała 3 dni i mi się warga rozcięła. Nie wykablowałem go bo wiedziałęm że moja wina i ja bym też dał w morde jakby mi ktos ortalionówkę rozwalił.

Miałem takie szczeście w nieszczęściu. Ojciec niby taki mądry i że wie wszystko i mówi że się nic przed nim nie ukryje to się ukryło. Wcale nie skapował że to ja też spaliłem tą saletre w piwnicy parę dni wcześniej. Ja to bym od razu się skapcił a on powiedział, "to że jakieś debile chciały spalić cały blok saletrą to nie znaczy że ty masz być taki sam jak oni. Bierz przykład z mądrzejszych a nie z tych co zawsze robią złe rzeczy i tylko kłopoty z nimi całe życie". To co mam brać przykład z Nieradka chodzącej encyklopedii co tylko się uczy cały czas i biega na prostych nogach? To już wole z nikogo nie brać przykładu tak jak teraz i być sobą w dzień i w nocy i zawsze. Bo albo się ma swoją osobę i swój charakter albo się nie ma. Ja nie chcę być jak ktoś bo czasem jeden ktoś to już za dużo a co dopiero dwa. A może ma rację ojciec, ale nie mam czasu o tym myśleć bo ide po serownika do kuchni.

Siema nara hej !!

20 mar 2010

Pościg

Sajonara!!

Kiedyś jak siedzieliśmy sobie na ławce i dziubaliśmy ziarno to koło środkowej klatki też siedzieli dwaj ludzie (babka i gość) ale nie dziubali ziarna. Ogólnie to nas było pięciu ja, Koza, Zebur, Lopez i Popłoch. A tam na ławce siedziała jakaś parka sobie czyli, że tamtych było tylko dwa. Nagle do okna na czwartym piętrze wyszedł ojciec Zgniłego i coś gadał z babką która siedziała sobie z tym kolesiem na ławce. Nie wiedzieliśmy co gadali bo mało nas to interesowało. Mieliśmy inne rzeczy do obgadania. Chcieliśmy skakać na odległość z huśtawki ale nam barierki trochę przeszkadzały i myśleliśmy jak skasować problem ale tak żeby bryndzy później nie było. Nagle słyszymy jak ktoś wzywa pomocy. Babkowy głos wołał tak "RATUNKU, ZABIJA MNIE, MORDUJE, LUDZIE RATUNKU!!". No w sensie że to było głośne wołanie na ratunek. To Zebur i Lopez bo oni najstarsi szybko wstali i pobiegli na ratunek. My patrzyliśmy bo nie było wiadomo co robić. Okazało się że mordował ten facet co siedział z tą babką na ławce co ona gadała ojcem Zgniłego. Jak już Zebur i Lopez byli koło tamtej ławki to było tak. Babka leżała na ziemi a gość tak nad nią klęczał i jakby ją dusił trochę. Ona krzyczała i takie tam sprawy różne robiła żeby się uwolnić. Zebur podszedł i poklepał tego faceta i zapytał "Przepraszam Pana co Pan robi tej Pani?". Gość się odwrócił i krzyknął "Wypierdalać gówniarze bo się za Was wezmę". No to Zebur i Lopez odeszli. Chyba nie chcieli żeby się ktoś za nich brał.

Nagle otworzyły się drzwi od klatki co mieszka w niej Zgniły. Wybiegł jego ojciec, Franek. Tzn to nie był taki prawdziwy bieg. Jego stary jest kucharzem w jednostce wojskowej i chyba lubi troche łakocie jakieś podjadać bo co jak co ale masy robić nie musi. Masa istnieje ale zrobienie z tego rzeźby to chyba już niemożliwe tak mi się wydaje, choć ja się na tym nie znam. Ale mój ojciec mówi, że jego to łatwiej przeskoczyć niż obiec. Więc to nie było bieganie i na dodatek był w klapkach. Ten napastownik jak zobaczył nacierającego na niego starego Zgniłego to szybko się zerwał i zaczął uciekać. Jak Zgniły senior mijał tą swoją znajomą to krzyknął do niej "Marysia on jest mój" i zapitalał dalej. My tylko się gapiliśmy bo to wiadomo jakaś atrakcja i lepiej się je ziarno jak coś się dzieje niż tak na sucho. No i tak było, że jak Franek "przebiegał koło piaskownicy to stanął sobie klapkiem na klapek i wyglebił. Jak wyglebił to tak trochę lądował jak kamień co się nim robi kaczki na wodzie. My się na to gapiliśmy i to było śmieszne jak się wywalił ale nie śmieszne ze bandyta uciekał i go nikt nie gonił. Nagle z nikąd pojawił się jak jakiś superbohater ojciec Skobla. On też w wojsku robi ale chyba nie robi w kuchni bo wygląda innaczej niż Franek. My mówimy że jest snajperem ale nie wiemy i nawet Skobel nie wie. Dla nas to snajper.

Snajper przeskoczył Franka i krzyknął "Dojde go dojde". Jak biegł to jego żona wołała z okna "Łap go Jurek, łap go". Ale jak zniknał za blokiem i ona go nie widziała to zaczęła tak wołać na cały głos "Jezu Jurek, jezu". Ona panike siała zawsze to teraz też musiała. Jak Skobel czasem sie przewrócił na rowerze to wybiegała z domu z wodą utleniona i takim fioletowym i mu naprawiała to co się tam mu porysowało na kolanach czy łokciach. To ona krzyczała a pościg trwał. Snajper dogonił tego gościa i mu założył haka w sensie, że zrobił mu podcinkę i gość się wykasował na asfalcie koło śmietników. To Jurek go przewrócił na plecy i walnął go w mordę. I wyciągnął z kieszeni gaz łzawiący i mu zapsikał w twarz. Wtedy dokuśtykał do niego Franek i zaczął wołać "Jurek uważaj on ma gaz" a Snajper odwrócił się podniósł rękę z gazem i powiedział "Franek spokojnie to ja mam gaz". Potem to już było z górki. Snajper robił przemianki to znaczy raz psikał gazem i walił gościa z pięści dwa razy w gębe. Potem znów gaz i znów w gębe. Tak chyba cztery rundy i potem mu wykręcił ręke i Franek zadzwonił po Policję. Zabrali tego faceta i było po akcji. Na koniec jeszcze Snajper i Franek przybili sobie piątke, że taka udana akcja im wyszła ale Franek to chyba trochę popłynął bo jedyne co zrobił to się przewrócił (ale wyglądał jak zawodowieć w przewracaniu)

Dla nas to było super bo coś się działo. Potem śmialiśmy że Franek jak się wyłożył koło piaskownicy to potem przez tydzień musiał kamyczki z brzucha wyciągać. Zgniły się wkurzał jak pytaliśmy się czy jego ojciec będzie grał w następnym odcinku W-11 ale potem mu już przeszło i sam się smiał.

O i tyle.
Siema

14 mar 2010

Droga Krzyżowa

W piątek ojciec wywalił mnie z domu na drogę krzyżową. Jak się idzie do kościoła tzn do naszego bo nie do każdego taka sama trasa to są takie górki usypane koparką bo robią jakieś nowe osiedle domów niedaleko. To ja szedłem na drogę krzyżową z Parnikiem i Skoblem. Jak już przechodziliśmy obok tych górek usypanych to powiedziałem że możemy się trochę pościgać tzn tak niby, że zawody z pierwszej górki start i koniec na ostatniej. Takie zawody, że można się trochę łokciami przepychać jak na żużlu. Taki żużel tylko, że na nogach i nie że prosto i w lewo cały czas tylko no inna trasa.

Stanęliśmy we trzech i start. Ja najpierw byłem drugi bo zamuliłem na starcie. Pierwszy był Parnik bo on odliczał i mówił start. Więć startował z boksów i wiedział kiedy ruszyć żeby nie było falstartu i żeby mieć dobre wyjście spod lin. Ale już na drugiej górce go wyminąłem bo on wolny jest i mu troche protektory nie trzymały się toru bo miał buty nie terenowe. Jak go wziąłem to się odwróciłem i krzyknąłem "Nie macie ze mna szans bo jestem dobry po terenach". I jak to powiedziałem to wtedy się zaboksowałem i wyglebiłem.

Zrobiłem amora rękami tzn że sobie łokcie ugiąłem i nie zawaliłem pyszczydłem o błoto ale całe ręce i co najgorsze to spodnie miałem w błocie. Ręce to pikuś bo trochę umyłem w kałuży zanim doszliśmy do kościoła bo już przestaliśmy rajdować po mojej glebie. No i trochę miałem błota w buzi bo mi prysło lekko i mi zgrzytało przez cały czas między zębami. Najgorzej ze spodniami. Nowe spodnie kurde i wiedziałem że będzie w domu wietkong jak tylko wrócę po kościele.

Przez cała drogę krzyżową zdzierałem błoto z kolan paznokciami ale nic nie dało bo to były jasne dżiny a nie takie ciemne. Kurde najgorzej też że ojciec mówił żebym wziął inne bo jest chlapa i będę miał całe ociapane na nogawkach i że będzie brudno w kościele i jak się klęknie to się zrobi bangladesz na kolanach. Ale się uparłem że chcę nowe bo mi Skobel nie wierzył że mam levisy orginały.

Jak wracałem do domu to cały czas myślałem co powiedzieć żeby było mniej przewalone. Wiedziałem że będzie ciepło ale chciałem żeby trochę mniej było. Nic nie wymyśliłem całą drogę. Jak wszedłem na chate i ojciec mnie zobaczył to zaczął się na mnie drzec i wołać, że mnie wydzierżawi z rodziny bo "na litość boską nawet do kościoła i z powrotem nie można puścic samego". Jak powiedział, że zaraz mi natrze uszy to mi się szybko wymyśliło co powiedzieć i zacząłem gadać, że szedłem i jacyś goście się ścigali z kościoła i mnie popchali i wyglebowałem na błoto. Mama mi uwierzyła, ale ojciec wziął spodnie popatrzył i powiedział że kłamie bo widać ze tarłem bloto i że jest już prawie suche. On to mi nie chciał uwierzyć i nawet jakby tak było ale nie było to by nie uwierzył. Jeszcze bardziej się wtedy wkurzył, że go kłamie i powiedział, że mam sobie spodnie sam wyprać bo nikt nie będzie za mnie tego robił. Jak jestem głupi i nie umiem szanować jego pracy i pieniędzy to albo sobie wypiorę albo będę chodził w brudnych.

Prałem szczoteczką w wannie i prawie zeszło, że nie było widać. Miałem szlaban na wyjście z domu cały weekend i na komputer. Ale szybko mi zleciało bo i tak musiałem sprzątać pokój a miałem taki syf że ledwo dało się przejść to mi cała sobota zleciała. Najgorzej tylko, że musiałem iść z nimi do kościoła w niedziele bo powiedział że samego mnie nie puści i szedłem na 11:30 i stałem na samym przodzie kościoła.

Już nie nie ścigam w oficjalnych ciuchach od tamtej pory. Zawsze treningowe ubieram.

Hajri hoł

6 mar 2010

WF

Siemanez!

Zima jest gites ale wf w zimie już taki bajerancki nie jest. Taka zimna pogoda dużo problemów robi jak się idzie na wf. Dodatkowo to całkiem inne wf są jak ciepło a inne jak zimno. Ja wole te jak ciepło chyba, że jak mamy mieć na sali to mi obojętne jaka pogoda. Wtedy mieliśmy mieć na sali. Fajnie się gra na sali ale trochę więcej kłopotów się dorabia. Ale ok po kolejności powiem.

Wyszedłem z domu i się cieszyłem, że na sali mamy. To była 1 lekcja wf o 8:00 a potem majca i hista i chyba rela i polak. Jak zimno to najgorzej, że z domu nie dało się wyjść bez rajtuzów albo kalesonów. Mama zawsze mi sprawdzała i kazała podnieść spodnie do góry i jak widziała to luz a jak nie widziała to kazała ubierać. Ja ubierałem wychodziłem na klatkę i na klatce szybko ściągałem, wkładałem do plecaka i do budy biegiem. Weź raz jak przyszedł na wf Rybski i myślał, że mamy grać w pingla bo tak było ustalone ale zmienili nam na sale z inna klasą łączone to miał przewalone. Długo czekał z przebraniem to wiedzieliśmy, że coś kombinuje więc specjalnie czekaliśmy w szatni. Jak ściągnał spodnie to się okazało, że gość miał rajtuzy takie dziewczęce, prążkowate i na dodatek ze stopami. Przewalone bo żeśmy cały wf pociągali z niego łacha. Trochę miał potem pod górkę jak to się mówi i nawet dziewczynom powiedzieli że nosi babskie ciuchy i ogólnie w rajtuzach chodzi.

No to wbiłem do szatni przebrałem się i mieliśmy grać w piłkę bo w kosza nie lubię. Się wkurzyłem jak się okazało, że mamy tylko połówkę sali bo drugą mają dziewczyny i że będą miały sprawdzian z dwutaktu. Bez obrazy ale mogły sobie iść na korytarz poćwiczyć skok przez kozła czy inne przewroty w przód czy tył. Na połówce się gra na materace po szerokości i jest gorzej. Jak wybraliśmy składy to zaczęliśmy grać. Gość od wf cały czas krzyczał żeby technicznie a nie na siłę. Też było nas dużo to graliśmy na zmiany co dwa gole. Ja nie robiłem technicznie tylko waliłem na siłę. Bramkarz zawsze wypękany że dostanie to bramki siadały jak sobie cylłem w materac. Jednego strzała sprzedałem ze szpica i Kuzke dostał w gębe i mu się farba z nosa puściła to mi kazał za karę iść stać pod salą gimnastyczną na 5 minut. To postałem chwile i akurat wróciłem na następnego mecza. Jak już pograliśmy to na koniec wf była zbiórka w dwuszeregu i ja stałem za Piwlakiem. I on miał bawełniaki dresy takie a po drugiej stronie sali miały zbiórkę dziewczyny. Ja Piwlakowi te dresy ściągnąłem do kolan i on walnął dwie rzeczy. Buraka na buzi i mi z buta walnął. To jak mi walną to ja mu oddałem i on mi oddał i jak mu chciałem znów oddać ale już tak na serio żeby to był strzał śmierci to gościu zaczął krzyczeć i od wf facet bo obecność sprawdzał zobaczył co się dzieje i ogólnie zrobiło się gorąco. Zapytał co się stało to Piwlak od razu jak z maszynówy na mnie wykablował a baba z wf od dziewczyn powiedziała, że tak było. Zgłosił mnie do wychowawcy, wpisał mi naganę i uwagę do podpisania. Do tego musiałem do pedagog iść na dywan i z nią rozmawiać. Na szczęście pedagog nie było a potem zapomnieli o tym. Z Piwlakiem kosa potem przez dwa tygodnie bo jak sobie sznurka nie zawiązał to nie moja wina, że mu z dupala poleciały dresy. On miał też kose z Mierczym bo Piwlak dał Mierczemu haka jak graliśmy w piłke w sensie że go podwadził i Mirczy wyglebił a nie miał dresów tylko spodenki i sobie na parkiecie zagotował skóre od tarcia i miał potem ropniaka takiego przez miesiąc prawie. Ja zawsze w dresach chodziłem bo jak było szlifowanie po parkiecie to potem tylko dres przetarty ale kolano całe a tak to lipa zdzierać strupa na lekcjach przez pół miesiąca.

Z wf to jeszcze tak na szybko dodam, że lubiłem nawet w pingla grać. Debla nie lubię bo jak dostaje jakiegoś leszcza do zespołu to przegrywam bo gość nie umie nawet odbierać albo daje serwy z ręki tak że mu się skóra zdziera bo zahacza rakietką albo cały czas daje w siatkę. To tak bez sensu jak mi da lewusa to więcej siedzę na ławce niż gram. Jak coś to singlowe gry do 11. Wtedy coś się pogra albo w obiegusa. Tylko, że w obiegusa zawsze brakuje paletek i trzeba grać zeszytem z tekturową okładką a jak ktoś już odpadnie to oddaje swoją rakietkę. Raz jak graliśmy w pingla w obiegusa i już był finał a ja do finału doszedłem razem z Marcem. To tak staliśmy i czekaliśmy aż dyżurny przyniesie pingla bo popekał ten co graliśmy i trzeba było zmienić. Ja tak chciałem postraszyć Marca że rzucam w niego rakietką i miałem spoconą rękę i mi się ta rakietka wypadła i dostał w głowę. Trochę mu się rozcięło ale nic takiego, żeby od razu płakać a on włączył syrenę głośniej niż Straż pożarna (a straż to najgłośniej ma syrenę zawsze) i prosił Stysia, żeby go do higienistki zaprowadził. Weź taka afera o nic praktycznie. Szedł jakby miał wypadek samochodowy na autostradzie mega karambol a miał mała ryskę na lakierze jakby ktoś dokleił się do auta na parkingu. Potem od razu wiadomo przewalone miałem ale się wyparłem trochę, że niechcąco i tylko mi dali naganę i uwagę i powiedzieli, że wezwą rodziców następnym razem. Niech sobie Marzec z dziewczynami przez kozła skacze jak taka baba a nie w obiegusa gra.

Eloł.

27 lut 2010

Żużel, speedway, motor fan.

Sajonara!!

Do żużlu nie potrzeba zbyt wiele. Nam wystarczała okrągła piaskownica w sensie że chodnik dookoła to tor i rowery, tzn w sensie że motory żużlowe. Było profesjonalnie. Każdy sprzęt był stuningowany. Rondla ojciec miał spawarę to jak się dobrze pogadało i zaniosło ramę na warsztat to można było dospawać sobie rurkę wzmacniającą bo inaczej to wigrusy nie wytrzymywały przeciążeń. Rondel miał najlepszego wypasa!!! Miał dekle takie prawdziwe co się kupowało i nawet z otworem na pompkę. Takie rączki fajne, przycięte błotniki, ściągnięty bagażnik i ogólnie to dobrze wysprzęcony miał motor. Ja miałem w porównaniu z jego trochę padaczkę ale i tak spoko.. Kiedyś przed zawodami zrobiłem tuning zewnętrzny, ogólnie to nie chciałem robić bo się ojciec darł, że rower psuje. Gość nie rozumiał, że to chodzi o honor drużyny i dzwonek na kierze raczej nie pomaga w zawodach. Pomyślałem sobie że raz koza umiera i ściągnąłem sobie osłonę łańcucha, żeby mieć silnik na wierzchu, odkręciłem dzwonek całkiem i zdjąłem też lusterko. Wywaliłem odblaski ze szprych i z kartonu zrobiłem sobie dekla do tylnego koła. Przoda porobiłem sobie w gwiazdę takimi drucikami kolorowymi. Zawijałem ze 3 godziny chyba i miałem trzy-kolorowe takie co mają kolarze. Zdarłem wszystkie orginały naklejki i miałem praktycznie gotowego godema. Jeszcze okleiłem izolacją kiere po całej długości i wywaliłem dynamo bo jak mi się włączało to mi zwalniało prędkość. Kozacki sprzęcior już się wtedy zrobił z mojego Wigracza. Jak wyniosłem na podwórko to było najlepsze, że chłopaki powiedzieli, że gość w sklepie z częściami do motorów miał naklejki. Pojechaliśmy całą bandą, żeby się obkupić. Ja nie miałem za dużo kasy ale udało mi się dorwać naklejkę MZ (taka czerwona z białym napisem). Miałem też Pirelli niebieską i okrągłą VW cała szara i czarny napis. Synuś kupił chyba każdą jaka była w sklepie bo miał kasę ale i tak mu nić to nie dało bo nie wygrał chyba nigdy ani jednego biegu. Bo w żużlu sprzęt ważny ale odwaga i technika ważniejsza a on był lewy z tych dwóch. Ogólnie to nie lubiłem z nim jeździć bo jak wyglebił to od razu do domciu, plasterek na kolanko i zwalanie winy na kogoś a sam nie umiał jeździć i jego wina zawsze. Lalusie się nie nadają do żużla.

Jak kupiliśmy naklejki to rura na osiedle, żeby sobie ponaklejać na maszyny. Zaraz jak wyjechaliśmy ze sklepu to Skobel zrobił świece na wiwat ale jak podniósł przednie koło do przodu to mu odpadło bo jak zakładał przedniego dekla to nie dokręcił dobrze śruby i mu nie przymało w widełkach. Strasznie pociągnął na glebę jak wylądował. Dobrze ze samochód nie jechał bo on leżał na pasie co się jechało w drugą stronę. Urwał widelec w sensie, że mu się złamał i złamał mu się tez palec u ręki bo jak lądował na gębę to się starał ratować facjate ale i tak trochę sobie porysował lakier na policzku. To sory ale już nie miał jak jeździć w żużel bo kontuzja i brak sprzętu. Dobrze, że tylko tyle mu się stało. Jak dojechaliśmy to akurat wyszedł z domu Czyna i jak zobaczył naklejki to mu się oczy zaświeciły. Pobiegł do domu po kasę i pojechał do sklepu. Jak wrócił to była to najlepsza chwila tamtego dnia. Wszyscy mieliśmy sportowo-samochodowe naklejki. Czyna przyjechał i powiedział, że była tylko jedna naklejka sportowa. Kupił kawasaki na osłonkę łańcucha ale chciał więcej mieć naklejek a już nie było fajnych to sobie kupił taką w jajowatym kształcie na przód roweru ale nie sportową tylko Świętego Krzysztofa. Najgorsza naklejka jaka mogła być. Wyśmialiśmy go żeby dał swojemu ojcu to sobie przyklei w Daci koloru sraczkowatego. Trochę się wkurzył że wyśmiewamy ale zaraz mu przeszło bo Skobel mu odsprzedał swoje naklejki bo matka mu zabroniła bawić się w żużel po tym wypadku. Czyna i tak sobie nakleił Krzysztofa z przodu i mówił, że go będzie chronił w zawodach i się potem żegnał przed każdym startem.

Zaczęliśmy jeździć. Było 5 drużyn. Każda po dwie osoby i jeździliśmy każdy z każdym po 2 razy, żeby były rewanże to w sumie 8 meczów. Kto miał najwięcej punktów wygrywał. Starty jak w prawdziwym żużlu po 4 okrążenia. Ja miałem w drużynie Parnika. Fajny gość ale sprzęt miał trochę słaby do jazdy. Każdy z nas miał wigrusa albo jubilata a on miał takiego małego pelikana. Po 6 meczach mieliśmy 2 miejsce na remisie z drużyną Syry. 7 mecz to był dla nas najważniejszy. Musieliśmy dojechać na 4:2 żeby mieć pewne drugie miejsce przed Syrą bo im już się mecze skończyły i wiedzieli ile mają punktów. Jechaliśmy Ja i Parnik na Popłocha i Kornika. To stanęliśmy przy linii startu co się ja malowało kawałkiem cegłówki. Ja się przygotowałem dobrze ale wiedziałem, że nie mam szan na starcie z Popłochem bo on miał wsadzoną większą zębatkę i lepsze starty zawsze miał. Musiałem go objechać w wyścigu i chciałem żeby Parnik wystukał Kornika. I start. Popłoch poszedł pierwszy a ja za nim. Potem był Kornik a na końcu Parnik. Już widziałem 4:2 dla nich albo w najlepszym wypadku 3:3.Musiałem dojechać na pierwszym miejscu żeby mieć trzecie miejsce bo inaczej miałby właśnie Popłoch z Kornikiem. Na drugim okrążeniu wszedłem po wewnętrznej na zakręcie koło zjeżdżalni. Wziąłem Popłocha na łokieć i nie wiem jak się udało ale mi się udało go wyprzedzić i byłem pierwszy. A na trzecim okrążeniu Kornikowi zdefektował motor bo mu łańcuch całkiem spadł i go Parnik wyprzedził i był trzeci. Kornik jeszcze do końca meczu biegł z rowerem za Parnikiem bo myślał, że może go dogoni albo coś i jakby dobiegł to też się liczyłoby że ukończył ale Parnik utrzymał 3 miejsce a ja pierwsze. Jak mijałem metę to zrobiłem świece na wiwat i zahaczyłem tylnym błotnikiem i wygiąłem go i odpadło też światełko to z tyłu. Ważne że było drugie miejsce. Popłoch jak przejechał metę to ze złości wypuścił rower spod siebie i rower wjechał Skoczylasowej do ogródka i połamał jej jakieś kwiatki. Zabrała Popłochowi rower i musiał iść z mamą do Skoczylasowej żeby przeprosić i odzyskać rower. Przewalone. Też tak musiałem chodzić parę razy ale o tym kiedy indziej może.

Po meczu każdy poszedł na obiad i umówiliśmy się na potem żeby się bawić w na przedszkolu w coś tam. Każdy wyszedł z domu ale ja już nie. Ojciec jak wracał po pracy poszedł do piwnicy po ogórki i zobaczył rower albo to co zrobiłem z rowerem na potrzeby żużla. Dostałem w dupę i ochrzan i ogólnie to do końca tygodnia miałem zakaz wyłażenia na podwórko. W sumie to tylko 2 dni i nawet padał deszcz w jeden dzień to straciłem tylko jeden.

Szkoda że teraz młodzi nie żużlują bo można by popatrzeć albo być ich trenerem czy coś.

Piona !!

24 lut 2010

Sklep Antoś

Strzała !!

Pewnie też macie koło siebie taki mały sklep co się mówi, że osiedlowy czy lokalny. Jedne są fajne a inne niefajne. Mój jest ten drugi czyli nie że fajny tylko niefajny. Napisze trochę o tym sklepie bo mi się poprzypominało trochę.

Sama nazwą lepiej się nie kierować bo to czasem myli co się o tym przekonałem parę razy. No więc „Antoś” jest małym sklepem. Mi w sklepach to prawie nic nie przeszkadza w sensie że wystrój czy coś. Tutaj też mnie nic nie rusza w tym sklepie. Trochę jest rozpiździaj ale to chyba taka norma w tego typu zakładach. Nic nie miałbym do tego sklepu gdyby nie to że miałem kilka razy przewalone przez niego w domu. Tak pozbieram w całość żeby nie robić dużo historii o tym Antosiu.

Jak się wchodzi w lecie i zamknie drzwi to już baba krzyczy „chcesz żebym się tutaj udusiła?”, jak się wchodzi w zimie i się drzwi nie domknie to też krzyczy tylko inaczej bo „chcesz żebym tutaj zamarzła? Ogon masz?”. To tak żeby zachęcić do zakupów. Jak się normalnie wejdzie i zamknie albo nie zamknie bo to zależy od tego jaka pogoda i powie dzień dobry czy coś to baba nie odpowiada, chyba że jej się pomyli to odpowiada ale myli się rzadko. Kupuje pieczywo to nigdy nie ma worków takich żeby sobie włożyć bułki czy chleb do środka a potem od ojca dostaje ochrzan, że chleb czy bułki są mokre od mleka w worku czy od kapusty kiszonej. Jak kupuje ser żółty to kroi tak, żeby sprzedać te takie z samego końca co są odbite pieczątki. Za to też mnie ojciec zawsze ochrzania i się drze że on mnie ani po wosk ani po farbę nie wysyłał tylko po ser żółty. W plasterki nie pokroi a jak kiedyś poprosiłem to się wydarła, że kolejka a ona ma dwie ręce. W zimie jak się wchodzi do sklepu to od razu zabija wzrokiem bo się czasem ślady na umytej podłodze zostawia. No ale bez jaj w budzie robię przekręty ze zmianą butów i nie zmieniam to co do sklepu będę z pantoflami przychodził? Kiedyś mój ojciec wysłał mnie po surówkę do sklepu bo mu się robić nie chciało do obiadu. Poszedłem i był napis markerem na kartce „surówki świeże w sprzedaży są”. Kupiłem 30 deko to mnie ojciec prawie zabił bo zapłaciłem 18 złotych za takie pudełeczko. Bo ta baba to ma żyłkę do biznes handlu. Ostatnio kupowałem picie i była promocja taka że dwie butelki Pepsi połączone i na opakowaniu pisało 2L + 2L gratis. To wziąłem bo pepsi 5.20 w sklepie to 4 litry za 5.20 to wychodzi 1.30pln za literka to w sumie 32 grosze za szklankę to po taniości raczej. Baba mnie skasowała i wziąłem rachunek bo coś tam kupowałem jeszcze i poszedłem do domu. Jak mnie kasowała to mówiła, „szkoda, że ta promocja się już skończyła i nie ma na hurtowni więcej. Przedstawiciel mówił, że im się to nie opłacało i dlatego”. Pomyślałem, że co mnie to obchodzi ważne że mi się opłacało :))). Jak wróciłem do domu i dałem ojcu rachunek to zaczął się drzeć czemu za pepsi zapłaciłem 8 pln (bo tyle było na rachunku) jak na opakowaniu pisze że gratis druga butelka. Kazał mi iść do baby po pieniądze. Bałem się to poszedłem z domu postałem chwile i wróciłem i dałem mu swoje pieniądze bo baby bałem się jeszcze bardziej. Teraz to już wiem czemu jej szkoda, że promocja się skończyła. Wałki tam kręci. Jak się kupuje jabłka czy coś na wagę to zawsze wsadzi coś popsutego do dobrych rzeczy żeby się pozbyć. Potem ja za to mam przewalone. W lecie to ma napis duży na kartonie na drzwiach „Napoje zimne w sprzedaży są”. Jak poprosiłem o wodę niegazowaną zimna to powiedziała, że wody nie wkłada bo nie ma miejsca i tylko droższe napoje. To wziąłem 2 litry Sprite to potem ojciec mówił, że butelka śmierdzi. Bo ona trzyma napoje zimne w takiej chłodniarce z kiełbasą i innymi takimi z mięsem. Tam na tym mięsie to kiedyś był napis „polędwica z czostkiem”. Mama się śmiała a ja nie czaiłem o co chodzi jak mi pokazywała. Dopiero jak wyszliśmy i się dopytałem to powiedziała, że pisze się czosnkiem a nie czostkiem. To akurat mi obojętne bo jakby nie to, że mi się tutaj samo błędy sprawdza to bym gorsze popełniał.

Teraz się obraziła bo pytała czy oglądam Małysza to powiedziałem, że mnie to nie interesuje i wole grać w gry to fuczała, że powinno się wspierać polskich sportowców a najbardziej na olimpiadzie. Miałem jej powiedzieć, żeby im przelała kasę co robi na lewo na pepsi na ich konto jak ich chce wspierać ale dałem se siana. Wziąłem 5 bułek z czego potem okazało się ze 3 z dzisiaj a dwie z wczoraj i poszedłem do domu. Ojciec znowu się na mnie darł i mówił „ty to chyba jesteś półdebil, no półdebil jak można nie umieć bułki kupić”. To niech se sam chodzi i zobaczymy czy jak go baba będzie zagadywała o Małyszach albo, że jak kroiła salceson to się przecięła i jej się nie goi to czy wszystko dobrze kupi i posprawdza.

Niedługo będę Antosia bojkotował tak jak kebaba w rynku w Rzeszowie co mnie tam chcieli kiedyś bić jacyś goście.

Siema nara hej.

20 lut 2010

Zakupy

Sajonara !

Trochę nie pisałem bo miałem bana na internet. Ojciec mi założył we wtorek ale mama pozwoliła mi już dziś posiedzieć trochę. Wszystko zaczęło się od tego, że pojechałem z tatą na większe zakupy we wtorek popołudniu. Wybraliśmy się praktycznie do samego Rzeszowa bo on chciał coś jeszcze do domu kupić. Najlepsze i najbliżej to mamy Auchana i Liroy Merlin bo są dwa obok siebie a nie trzeba do miasta wjeżdżać bo są przed miastem. Na parkingu masakra bo było milion śniegu i milion samochodów. Parking na 1.5 miliona a jak milion blokował śnieg to mogło wjechać tylko pół miliona samochodów. To tak z matematyki wychodzi a nie, że się coś wymyśla. Jeździliśmy dookoła parkingu – tzn ojciec mówił do mamy przez telefon „Szlag mnie trafi już 30 minut jeździmy po parkingu i nigdzie nie ma miejsca”. Dla mnie to nie jazda bo ludzie chodzili szybciej od nas. Dla mnie jazda zaczyna się jak na budziku przekracza 60 na godzinę.


Ja już miałem dość i podpowiedziałem tatowi, żeby wjechał trochę na śnieg bo widziałem gościa jak stał takim większym na śniegu a jak nie ma miejsca nigdzie to co ma zrobić? No to posłuchał mnie i najechał jedna strona samochodu na śnieg ale jak wjeżdżał to auto lekko podskoczyło ale tyle tak cicho, że na pewno nic się nie stało. Powiedział mi, że przynajmniej raz się do czegoś przydałem. Musieliśmy wysiadać moją strona bo od jego strony była latarnia no i cała kopa śniegu. Weszliśmy do sklepu to ja szybko poszedłem po wózek i wio w alejki. Dał mi kartkę i powiedział, żebym wziął to co na kartce a on idzie jeszcze zobaczyć do pasażu za spodniami i będzie za 10 minut. Powiedziałem „no probs bro” ale chyba nie załapał bo popatrzył na mnie jak na idiotę.

Coś tam porobiłem tych zakupów i minęło z 15 minut i zobaczyłem mojego tatę jak mnie szukał po sklepie. On nie zadzwoni na komórkę bo sępi kasę więc wolał łazić po całym sklepie i mnie szukać gdzie jestem. Zawołałem „tato” i chciałem do niego podjechać na wózku – tak położyć się brzuchem nogi do góry i kita. Tak ze 3 metry przed nim chciałem już hamować ale podniosło mi lekko przód i jak dałem go do dołu to te kółeczka z przodu się ustawiły bokiem i wrypałem się promocyjną wystawę herbaty. Rozwaliło się sporo tego na podłogę ale na szczęście tylko 2 opakowania popsuły się tak, że nie trzeba było je kupić. Z 10 minut układaliśmy te herbaty a ojciec cały czas mówił, że gdziekolwiek mnie zabrać to się musi wstydu najeść. Pozbieraliśmy wszystko, dokończyliśmy zakupy i pojechaliśmy do kasy. Ojciec był trochę zadowolony bo kupił sobie spodnie do pracy na promocji więc nawet bardzo nie pultał o ten wózek co nim wjechałem niechcący w herbatę. Spakowaliśmy wszystkie rzeczy w reklamówki i poszliśmy do samochodu, żeby zostawić manele i iść do tego Liroy Merlin. Na parkingu armagedon, ludzie, ciapa, snieg i samochody. Ojciec chciał iść na około a ja powiedziałem, że tędy będzie bliżej tylko jedna kałuża do przeskoczenia i tyle. To się zgodził bo też chciał szybko jechać do domu oglądać olimpiadę. Ja przeskoczyłem na luzaczku i on też tylko, że jak on skoczył i lądował to mu się w reklamówce szelka urwała i płyn do płukania, ręczniki papierowe i najgorsze we wszystkim nowe spodnie wpadły w ciapę. Płyn luz + ręczniki też luz bo zapakowane w folie a spodnie nie luz bo nie zapakowane. Mega się wkurzył i powiedział, że to moja wina jakbyśmy poszli na około to nie byłoby problemu o i w ogóle to już się chyba nie cieszył z tych spodni. Powiedziałem, że przepraszam i że jak się wypierze to będą dobre przecież. Nic nie powiedział tylko, że ostatni raz mnie słucha bo zawsze coś i że wracamy do domu nie idziemy do sklepu. Wsiedliśmy do auta, rzeczy do bagażnika i ruszamy. Tzn chcemy ruszać ale auto nie jedzie ani trochę. Okazało się, że się zawiesiło na śniegu cała strona od kierowcy. Próbował do przodu do tyłu ale nic nie dawało. Wtedy powiedział, że mam zakaz komputera i mało mu głowa nie wystrzeliła taki czerwony ze złości. Prosił gościa, żeby nas wypchali ale on powiedział, że to głupie bo coś tam może się zerwać od spodu i nie powinno się pchać jak auto zawieszone na śniegu. Musiał iść do ekipy sprzątającej prosić o łopatę i jak przyszedł to zaczął wywalać śnieg spod auta, żeby można było wyjechać. Chciałem zrobić za niego bo to był mój pomysł ale kazał mi się nie odzywać i że nic nie będę kopał bo znając mnie coś rozwalę albo porysuje auto łopatą czy coś. Tak z 10 minut odkopywał, oddał łopatę, wsiadł do auta i pojechaliśmy do domu.

Jak wróciliśmy mama zapytała czy był w Liroyu to krzyknął, że nie był i że nie będzie. Jak spytała się czemu krzyczy i co się stało to powiedział „zapytaj się syneczka on Ci powie co się stało”. Ja tylko ruszyłem ramionami i poszedłem do pokoju. Nie będę z nim nigdzie jeździł bo zawsze problemy. Przecież specjalnie nie zrobiłem, żeby się działo źle tylko że to życie jest i nie zawsze się robi jak się chce bo my sobie a życie sobie. 

Ok idę czytać internet bo jestem pare dni do tyłu i na gg mi wyskoczyło chyba 20 okienek jak odpaliłem.

Siemanejro !

16 lut 2010

Mirabelki.

Sajonara !!!

U nas na osiedlu to jest takie przdszkole co mają tam plac zabaw dla dzieci. Jak było ciepło to zawsze dzieci się bawiły ale tylko do 15:00 bo potem to ich zabierali do domu i przedszkole było zamknięte. Tam pracował „Kaszuba” (o Kaszubie napisze może innym razem), co był stróżem i ogólnie jak był w pracy to lepiej było nie wchodzić na teren przedszkola. Potem jak szedł do domu to można było robić różne przygody na ich kwadracie. Całe przedszkole otoczone było bramką taką zieloną i w sumie tyle było z zabezpieczeń. No i drzewka różne (nawet owocowe niektóre) rosły tam u nich przy bramce i było dużo zakamarków. Domki takie drewniane czy piaskownice i dużo krzaków. Raz jak już było ciepło to poszliśmy się bawić w chowanego. Teren był dobry do takich rozgrywek to często robiliśmy tam różne gry zespołowo-drużynowe. Było nas pewnie prawie dycha do zabawy. Nie pamiętam dokładnie kto był ale wiem, że na pewno byłem ja, Wargul, Popłoch, Kumfik, Kornik, Syra, Synuś, Paszczak i dwa Zachrady (to bracia i jeden był Zachrad 1 a drugi Zachrad 2 więc wołaliśmy ich Jeden i Dwa). To teraz liczę, że nas dziewięciu było. Zrobiliśmy wyliczankę kto będzie klupił a reszta będzie się chować. Różne mieliśmy wyliczanki ale żeby poszło szybko to zagraliśmy w marynarza i na kogo wypadnie ten kisi przy klupiance i liczy do 50. Wypadło na Kornika. On liczył   reszta dylowała ile pary w nogach żeby się schować. Ja z Wargulem pobiegliśmy zaraz koło ogrodzenia i staliśmy na ogrodzeniu za drzewami (bo teren zabawy to był cały ogrodzony i nie można wychodzić za). Kornik zaczął szukać i poszedł za budynek a my z Wargulem staliśmy i jedliśmy mirabelki bo właśnie za drzewami merabelkowymi staliśmy w ukryciu. Zjadłem chyba ze sto a połowę to kwaśne bo jeszcze zielone. Jadłem z nudy a Wargul wybierał tylko dojrzałe. Potem było kilka zmian na klupiance i już tak po 30 minutach zabawy nam się znudziło chowanego i zaczęliśmy się zamrażanego. To jest, że trzech (zależy ile ludzi się bawi bo czasem jak dużo to i czterech a jak mało to dwóch) biega i zamraża innych. Nie można dotykać trawy tylko po betonie można i jak ktoś jest zamrożony no, że jak ten co zamraża go dotknie to musi stać tam gdzie go zamroził a jak ktoś jest niezamrożony to jak dotknie zamrożonego to może odmrozić i tamten znów może uciekać. Trzeba dawać głośne komendy jak się zamraża i odmraża, żeby każdy wiedział co się dzieje. Komendy to są „ZAMROŻONY” i „ODMRAŻAM”. Uwielbiam odmrażam jak już nie ma praktycznie szans i wtedy ja ratuje ludzi i goście dalej muszą nas gonić aż zamrożą wszystkich i wtedy 2 pierwsi zamrożeni łapią i tak w koło Macieju.

Wybraliśmy składy i zamrażał Paszczak, Zachrad 1 i Syra. Zaczęliśmy uciekać trochę na drugą stronę budynku trochę od przodu. Teren taki jak w chowanego wiadomo. No i ja to miałem taką skrytkę na daszku co się wchodziło tylko po rynnie albo piorunochronie. Wlazłem tam i czekałem aż będzie ktoś zamrożony żebym mógł zeskoczyć i uratować bo lubiłem być takim wybawiaczem całej ekipy. Siedziałem na daszku i na dole już zamrozili Popłcha i Wargula po mojej stronie budynku i po drugiej też dwóch to tylko jeden był na wolności ale go zablokowali i nie mógł nikogo odmrozić. Nie wiedzieli gdzie ja jestem to pilnowali tej strony budynku co był zamrożony Popłoch i Wargul żebym ich nie odmroził. Ja siedziałem na tym daszku ale przewalało mi się w brzuchu po tych mirabelkach i już nie mogłem wytrzymać bo chciałem iść na kupę. Chciałem kupę i chciałem być bohaterem ratownikiem. No i trzymałem i  trzymałem a chciało mi się coraz bardziej i bardziej. Siadłem na pięcie żeby trochę zatamować ale dalej mi się chciało. Już mnie bardzo ale na serio mega ostro czad bolał brzuch. No i wcześniej mówiłem zamrożonym żeby dali znać jak będzie czysto to ich odmrożę. Nagle Wargul woła że droga wolna żebym złaził szybko i ich ratował. Wtedy to już nie dawałem rady z brzuchem i wszystko mi się przewalało w środku. Zszedłem szybko i jak biegłem odmrozić Popłocha to samo z siebie mi się popuściło i poszedł mi rzadziak z tyłka. Dobiegłem do Popłocha jeszcze i czułem, że wszystko mi się popuściło i ogólnie to się osrałem delikatnie mirabelkami. Powiedziałem, że muszę iść do domu i poszedłem okrakiem w stronę klatki. Oni widzieli jak idę i wiedzieli, że walnąłem kleksa w majty. Najgorzej było przejść przez ogrodzenie bo dalej mi się chciało i bałem się podnosić nogi i ogólnie to średnie jest uczucie jak się niesie towar w majtach przez całe osiedle. Jak wróciłem do domu to od razu do łazienki i spodnie do prania i majty do wyrzucenia.

Od tamtej pory już nie jem zielonych mirabelek bo nie dość że psują zabawę to na dodatek trzeba potem prać spodnie i to ręcznie. No i trochę potem wołali na osiedlu na mnie Kleks ale w miarę szybko się o tym zapomniało to jakoś przebolałem. Dobrze, że z dziewczynami była kosa i nie były z nami w bandzie to mniejsza siara.

Ok tyle siema nara hej !

14 lut 2010

Szkło powiększające !

Się mi przypomniało jak w piątek klasie pedałówy mieliśmy zajawe na szkło powiększające. Praktycznie każdy miał wtedy taki sprzęcior. Brało się takie szkło z różnych miejsc. Ci co mieli kasę to sobie kupowali nówki sztuki, ktoś miał od brata albo od taty czy coś. Im większe tym było fajniej bo się zasiewało szpan. Synuś to miał lupę z rączką i mówił, że ma najlepsze ze wszystkich. A nie miał najlepszego bo najlepsze miałem ja. Znalazłem w szufladzie stare bryle mojego dziadzia i rozginałem oprawkę i wyciągałem sobie szkło z lewego oka. Jak wracałem do domu to wkładałem do środka. Konkretna maszyna i mega przybliżało. Było grubaśne na wypasie, grubsze od dna słoika z sosu tatarskiego. Najpierw się ze mnie śmiali, że mam lipę ale jak zobaczyli jak wypala to każdy chciał mieć dziadka z konkretną wadą oka.

Wypalaliśmy dużo i prawie pół dnia jak tylko było dobre słońce. Ja swoim szkłem rozpalałem ogień w pięć minut. Ale najbardziej najlepsze było wypalanie na ławkach napisów i różnych rzeczy. Na każdej ławce na osiedlu miałem swój podpis. Sasza rulez !!! albo Sasza King !! i taka korona nad napisem. Kiedyś siedziałem w szkole w ławce od samego okna, bo musiałem siedzieć co tydzień w innym miejscu z inną osobą bo tak pani wychowawczyni kazała każdemu nauczycielowi ze mną robić. Że jak za długo siedzę z kimś to same problemy z tego wychodzą. Najlepiej lubiała żebym siedział koło dziewczyn takich co kujonizowały bo one nawet gadać nie chciały. No i to było na historii jak Bula był u odpowiedzi i gadał o wynalazkach i odkryciach naukowych. Mówił o lampach i żarówce i ogólnie o radio i takich tam. Ja sobie pomyślałem, że najlepszy wynalazek to szkło powiększające ale o tym Bula nic nie mówił. Taka była nuda to wyciągnąłem szkło swoje szkiełko i zacząłem wypalać na ławce. Było na tyle luzu bo siedziałem sam w 2 ławce bo Angoska co z nią siedziałem była chora. Zacząłem wypalać i wypaliłem już napis hista i połowę szubienicy bo chciałem powiesić histe w sensie, że mega nuda i ogólnie kiszka stolcowa. Cały czas słyszałem głos Buli jak gadał to wiedziałem, że teren czysty jak mówią z FBI „klir, go, go, go” i baba za biurkiem. To jak w połowie szubienicy byłem to nagle mnie ktoś złapał za pejsa i za rękę ze szkłem. To była baba od histy. Jak mnie złapała to mi szkło z ręki wypadło i się całe popękało bo walnęło o podłogę. Zaczęła się drzeć i kazała Dutkiewiczowej iść po panią pedagog. Kazała mi wstać i czekać przy tablicy aż przyjdzie Dutkiewiczowa z baba pedagog. Powiedziała, że co ja sobie myślę, kto zapłaci za zniszczoną ławkę, czy chciałem szkołe z dymem puścić i potruć inne dzieci w klasie. Nieodpowiedzialny i że mam lekkiego ducha i takie tam i lekceważę wszystko. I co to za napisy i w ogóle to chyba 5 minut się podniecała. Było mi obojętne wszystko tylko najgorsze, że rozwaliło się moje szkło. Baba kapnęła się, że coś się wypala po zapachu bo najpierw się spalił lakier a potem się hajciło drewno no i po dymku co szedł trochę z wypalania. Pedagog była nawet spoko bo się nie darła ale i tak miałem przesrane jak sto pięćdziesiąt.

Musiałem zostać po szkole, przyszedł mój ojciec pokazała mu ławkę która zniszczyłem i powiedziała, że albo trzeba zapłacić albo samemu ją zrobić tak jak była. Powiedział mi, od razu jak wyszliśmy od pedagog, że mam szlaban i ogólnie nie mogę wychodzić z domu do odwołania. Jak wróciliśmy do domu to było jeszcze gorzej bo dziadek do nas przyjechał i chciał oglądać tv a to były jego okulary takie co zostawiał u nas. Zobaczył, że nie ma szkła w pinglach i nawet jak się nie przyznałem to ojciec wiedział, że to tym szkłem wypalałem w szkole. Wcześniej powiedziałem, że to było kolegi. Po tym to dał mi szlaban na wychodzenie nie z domu ale ze swojego pokoju i zabrał mi wszystko poza książką i zeszytem ćwiczeń do historii. Ojciec się mocno wkurzył musiał się zwolnić z pracy żeby przyjść po mnie do szkoły do pedagog a potem drugi raz żeby przyjść do szkoły ze mną w piątek (bo w sobotę zamknięta i się nie zgodzili) czyścić papierem ściernym i szczotka taka drutową całą ławkę (tzn ja czyściłem a on mi gadał cały czas). Nie dało się wyczyścić idealnie to jasnym lakierem nie zakryło. To się znów bardziej wkurzył bo musiał iść kupić ciemniejszy i znów wydać kasę i tym ciemniejszym już się zakryło wszystko. Wolałbym żeby to się nie stało bo wydał dużo kasy, lakier, szczotka, drugi lakier i nowe okulary dla dziadka i jeden dzień bezpłatnego urlopu bo raz pół dnia i drugi raz pół. Ale co się stało to się stało i jak się rozlało mleko to trzeba pościerać bo się nie da wsadzić do butelki rozlanego a jak się da to już i tak inny smak będzie miało i już nie będzie UHT.


Potem już nie wypalałem chyba, że ktoś sobie dał wypalić coś swoim szkłem bo ja nie miałem już skąd wziąć. Ale nawet jak ktoś pożyczył to wypalanie było bez sensu bo co chwile patrzyłem w swoje okno czy ojciec się nie patrzy bo powiedział, że jak mnie zobaczy przy wypalaniu to on mi wypali ale pasem dwie pręgi na dupie.

To jak wypalacie to lepiej nie w szkole i uważajcie na szkło z bryli dziadka jak na oko w głowie bo potem tylko same problemy i nieuprzejmości.