10 lut 2010

Lodowisko część pierwsza!

Siema!

Siedzieliśmy z ekipą w klubie (bo mamy taki klub w piwnicy co się spotykamy z kolegami ale o jego powstaniu itd. itp. może innym razem)i gadaliśmy o tym, że w lecie jest chyba lepiej bo można więcej rzeczy robić a teraz zimno po maksie i nuda. Jak tak gadaliśmy to mówiliśmy że zimowa pora to czas sportów zimowych i innym ruchowych akcji na świeżym powietrzu co się używa do nich śniegu, lodu i innych sprzętów. No i wymyśliliśmy że zrobimy lodowisko. To jak trzeba robić to trzeba robić.

Żeby zrobić to trzeba było zorganizować dobry sprzęt. Myśmy wymyślili, że będzie podział zadań i specjalne grupy zmontujemy. Plan obgadaliśmy konkretowo i detalistycznie ale musieliśmy zrezygnować z grup bo za dużo problemów było. Ten nie chciał z tym w bandzie być a potem że zadania ci maja lepsze a ci gorsze i trudniejsze. To jednak zaczelismy robić wszystko cala banda na hura bura po kolei. To najgorzej było wyrównać teren i zrobić bandy. Nikt nie chciał uklepywać bez sprzętu bo śnieg był olany przez psy i też trochę kupy od psów było tam gdzie wybraliśmy miejsce na lodowisko. Teren to było: od ławki do murka i od chodnika do drabinek. Nie liczyliśmy dokładnie ile było min bo było kilka warstw śniegu i niektóre miny były ukryte pod świeżym śniegiem. Załatwiliśmy od sprzątaczki Łopatę, odśnieżyła chodniki to już nie potrzebowała, żeby robic teren i bandy. Policzyliśmy na kroki nasze lodowisko i wyszło nam 21 kroków Kumfika na długość i 14 kroków też Kumfika na szerokość. To jak robiliśmy grunt to się właśnie Kumfik z Lopezem pobili bo to bracia i się zawsze bili. Teraz o to że Lopez miał uklepywać śnieg rekami na bandach a Kumfik mu narzucał śnieg z terenu zeby bandy były wyżej od tego co będzie lód. No i najpierw dawał mu taki fajny czysty i jak już szło z automatu, że Lopez nie patrzył na śnieg tylko klepał to Kumfa zaczał mu specjalnie wybierać taki z gównami i olany przez psy czyli jak to mówią „cytrynowy puch”. To jak ich już rozdzieliliśmy i teren i bandy było gotowe to trzeba było zacząć nosić wodę z pompy. Każdy musiał przynieść z domu jakieś wiaderko czy coś zeby się dało nosić Wodę w tym. Mieliśmy się zmieniać przy pompie co 10 minut bo ona ciężko chodziła i dłużej nie dało rady pompować z dobrym ciśnieniem. Trochę się na mnie wkurzyli gosćie bo ja wziąłem kosz co mamy w domu na śmieci i pierwsze zalanie to wyplukaly się syfy z kosza i trochę łup z ziemniaków wylało się razem z wodą na tafle. Po tym to każdy musiał wypłukać dobrze sprzęt do noszenia wody zanim zaczął zalewać teren. Laliśmy wodę chyba jakieś 2 godziny non stop bo to spory teren był i musiało być wody ponad każde nierówne miejsce. Nasz kumpel co jego ojciec jest bogaty trochę i jeżdżą na narty powiedział nam ze to są muldy ale nam to było obojętne bo i tak trzeba zalać i tak. A Andrut nieźle z niego łacha pocisnął i mu dogadał, że muldłoki to robi majkel dzekson a nie śnieg na podwórku. Jak było zalane to mieliśmy przerwę do następnego dnia rano bo musiała się woda dobrze zamrozić aż na lód. Daliśmy jeszcze takie patyki na każdym rogu tzn wbiliśmy w ziemię i zawiązaliśmy szmatę na górze żeby ludzie nie wchodzili bo popsuliby robotę.

Byłem cały mokry a musiałem wrócić do domu. Zrobiłem trochę z tajniaka i szybko wszedłem a na klatce ściągnąłem buty i kurtkę i szybko do pokoju dałem na kaloryfer i potem ja do łazienki i się nie kapnęli że byłem cały mokry. Następny dzień to była sobota to nie mogłem się doczekać aż wypadnę na pole.

Może jutro napisze więcej o lodowisku czyli drugą cześć bo zaraz będę miał obiad i w ogóle to nie chcę mi się już przed kompem siedzieć i muszę iść do piekarni po chleb bo o 13:00 jest ciepły zawsze.

Hajri hoł!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz