27 lut 2010

Żużel, speedway, motor fan.

Sajonara!!

Do żużlu nie potrzeba zbyt wiele. Nam wystarczała okrągła piaskownica w sensie że chodnik dookoła to tor i rowery, tzn w sensie że motory żużlowe. Było profesjonalnie. Każdy sprzęt był stuningowany. Rondla ojciec miał spawarę to jak się dobrze pogadało i zaniosło ramę na warsztat to można było dospawać sobie rurkę wzmacniającą bo inaczej to wigrusy nie wytrzymywały przeciążeń. Rondel miał najlepszego wypasa!!! Miał dekle takie prawdziwe co się kupowało i nawet z otworem na pompkę. Takie rączki fajne, przycięte błotniki, ściągnięty bagażnik i ogólnie to dobrze wysprzęcony miał motor. Ja miałem w porównaniu z jego trochę padaczkę ale i tak spoko.. Kiedyś przed zawodami zrobiłem tuning zewnętrzny, ogólnie to nie chciałem robić bo się ojciec darł, że rower psuje. Gość nie rozumiał, że to chodzi o honor drużyny i dzwonek na kierze raczej nie pomaga w zawodach. Pomyślałem sobie że raz koza umiera i ściągnąłem sobie osłonę łańcucha, żeby mieć silnik na wierzchu, odkręciłem dzwonek całkiem i zdjąłem też lusterko. Wywaliłem odblaski ze szprych i z kartonu zrobiłem sobie dekla do tylnego koła. Przoda porobiłem sobie w gwiazdę takimi drucikami kolorowymi. Zawijałem ze 3 godziny chyba i miałem trzy-kolorowe takie co mają kolarze. Zdarłem wszystkie orginały naklejki i miałem praktycznie gotowego godema. Jeszcze okleiłem izolacją kiere po całej długości i wywaliłem dynamo bo jak mi się włączało to mi zwalniało prędkość. Kozacki sprzęcior już się wtedy zrobił z mojego Wigracza. Jak wyniosłem na podwórko to było najlepsze, że chłopaki powiedzieli, że gość w sklepie z częściami do motorów miał naklejki. Pojechaliśmy całą bandą, żeby się obkupić. Ja nie miałem za dużo kasy ale udało mi się dorwać naklejkę MZ (taka czerwona z białym napisem). Miałem też Pirelli niebieską i okrągłą VW cała szara i czarny napis. Synuś kupił chyba każdą jaka była w sklepie bo miał kasę ale i tak mu nić to nie dało bo nie wygrał chyba nigdy ani jednego biegu. Bo w żużlu sprzęt ważny ale odwaga i technika ważniejsza a on był lewy z tych dwóch. Ogólnie to nie lubiłem z nim jeździć bo jak wyglebił to od razu do domciu, plasterek na kolanko i zwalanie winy na kogoś a sam nie umiał jeździć i jego wina zawsze. Lalusie się nie nadają do żużla.

Jak kupiliśmy naklejki to rura na osiedle, żeby sobie ponaklejać na maszyny. Zaraz jak wyjechaliśmy ze sklepu to Skobel zrobił świece na wiwat ale jak podniósł przednie koło do przodu to mu odpadło bo jak zakładał przedniego dekla to nie dokręcił dobrze śruby i mu nie przymało w widełkach. Strasznie pociągnął na glebę jak wylądował. Dobrze ze samochód nie jechał bo on leżał na pasie co się jechało w drugą stronę. Urwał widelec w sensie, że mu się złamał i złamał mu się tez palec u ręki bo jak lądował na gębę to się starał ratować facjate ale i tak trochę sobie porysował lakier na policzku. To sory ale już nie miał jak jeździć w żużel bo kontuzja i brak sprzętu. Dobrze, że tylko tyle mu się stało. Jak dojechaliśmy to akurat wyszedł z domu Czyna i jak zobaczył naklejki to mu się oczy zaświeciły. Pobiegł do domu po kasę i pojechał do sklepu. Jak wrócił to była to najlepsza chwila tamtego dnia. Wszyscy mieliśmy sportowo-samochodowe naklejki. Czyna przyjechał i powiedział, że była tylko jedna naklejka sportowa. Kupił kawasaki na osłonkę łańcucha ale chciał więcej mieć naklejek a już nie było fajnych to sobie kupił taką w jajowatym kształcie na przód roweru ale nie sportową tylko Świętego Krzysztofa. Najgorsza naklejka jaka mogła być. Wyśmialiśmy go żeby dał swojemu ojcu to sobie przyklei w Daci koloru sraczkowatego. Trochę się wkurzył że wyśmiewamy ale zaraz mu przeszło bo Skobel mu odsprzedał swoje naklejki bo matka mu zabroniła bawić się w żużel po tym wypadku. Czyna i tak sobie nakleił Krzysztofa z przodu i mówił, że go będzie chronił w zawodach i się potem żegnał przed każdym startem.

Zaczęliśmy jeździć. Było 5 drużyn. Każda po dwie osoby i jeździliśmy każdy z każdym po 2 razy, żeby były rewanże to w sumie 8 meczów. Kto miał najwięcej punktów wygrywał. Starty jak w prawdziwym żużlu po 4 okrążenia. Ja miałem w drużynie Parnika. Fajny gość ale sprzęt miał trochę słaby do jazdy. Każdy z nas miał wigrusa albo jubilata a on miał takiego małego pelikana. Po 6 meczach mieliśmy 2 miejsce na remisie z drużyną Syry. 7 mecz to był dla nas najważniejszy. Musieliśmy dojechać na 4:2 żeby mieć pewne drugie miejsce przed Syrą bo im już się mecze skończyły i wiedzieli ile mają punktów. Jechaliśmy Ja i Parnik na Popłocha i Kornika. To stanęliśmy przy linii startu co się ja malowało kawałkiem cegłówki. Ja się przygotowałem dobrze ale wiedziałem, że nie mam szan na starcie z Popłochem bo on miał wsadzoną większą zębatkę i lepsze starty zawsze miał. Musiałem go objechać w wyścigu i chciałem żeby Parnik wystukał Kornika. I start. Popłoch poszedł pierwszy a ja za nim. Potem był Kornik a na końcu Parnik. Już widziałem 4:2 dla nich albo w najlepszym wypadku 3:3.Musiałem dojechać na pierwszym miejscu żeby mieć trzecie miejsce bo inaczej miałby właśnie Popłoch z Kornikiem. Na drugim okrążeniu wszedłem po wewnętrznej na zakręcie koło zjeżdżalni. Wziąłem Popłocha na łokieć i nie wiem jak się udało ale mi się udało go wyprzedzić i byłem pierwszy. A na trzecim okrążeniu Kornikowi zdefektował motor bo mu łańcuch całkiem spadł i go Parnik wyprzedził i był trzeci. Kornik jeszcze do końca meczu biegł z rowerem za Parnikiem bo myślał, że może go dogoni albo coś i jakby dobiegł to też się liczyłoby że ukończył ale Parnik utrzymał 3 miejsce a ja pierwsze. Jak mijałem metę to zrobiłem świece na wiwat i zahaczyłem tylnym błotnikiem i wygiąłem go i odpadło też światełko to z tyłu. Ważne że było drugie miejsce. Popłoch jak przejechał metę to ze złości wypuścił rower spod siebie i rower wjechał Skoczylasowej do ogródka i połamał jej jakieś kwiatki. Zabrała Popłochowi rower i musiał iść z mamą do Skoczylasowej żeby przeprosić i odzyskać rower. Przewalone. Też tak musiałem chodzić parę razy ale o tym kiedy indziej może.

Po meczu każdy poszedł na obiad i umówiliśmy się na potem żeby się bawić w na przedszkolu w coś tam. Każdy wyszedł z domu ale ja już nie. Ojciec jak wracał po pracy poszedł do piwnicy po ogórki i zobaczył rower albo to co zrobiłem z rowerem na potrzeby żużla. Dostałem w dupę i ochrzan i ogólnie to do końca tygodnia miałem zakaz wyłażenia na podwórko. W sumie to tylko 2 dni i nawet padał deszcz w jeden dzień to straciłem tylko jeden.

Szkoda że teraz młodzi nie żużlują bo można by popatrzeć albo być ich trenerem czy coś.

Piona !!

24 lut 2010

Sklep Antoś

Strzała !!

Pewnie też macie koło siebie taki mały sklep co się mówi, że osiedlowy czy lokalny. Jedne są fajne a inne niefajne. Mój jest ten drugi czyli nie że fajny tylko niefajny. Napisze trochę o tym sklepie bo mi się poprzypominało trochę.

Sama nazwą lepiej się nie kierować bo to czasem myli co się o tym przekonałem parę razy. No więc „Antoś” jest małym sklepem. Mi w sklepach to prawie nic nie przeszkadza w sensie że wystrój czy coś. Tutaj też mnie nic nie rusza w tym sklepie. Trochę jest rozpiździaj ale to chyba taka norma w tego typu zakładach. Nic nie miałbym do tego sklepu gdyby nie to że miałem kilka razy przewalone przez niego w domu. Tak pozbieram w całość żeby nie robić dużo historii o tym Antosiu.

Jak się wchodzi w lecie i zamknie drzwi to już baba krzyczy „chcesz żebym się tutaj udusiła?”, jak się wchodzi w zimie i się drzwi nie domknie to też krzyczy tylko inaczej bo „chcesz żebym tutaj zamarzła? Ogon masz?”. To tak żeby zachęcić do zakupów. Jak się normalnie wejdzie i zamknie albo nie zamknie bo to zależy od tego jaka pogoda i powie dzień dobry czy coś to baba nie odpowiada, chyba że jej się pomyli to odpowiada ale myli się rzadko. Kupuje pieczywo to nigdy nie ma worków takich żeby sobie włożyć bułki czy chleb do środka a potem od ojca dostaje ochrzan, że chleb czy bułki są mokre od mleka w worku czy od kapusty kiszonej. Jak kupuje ser żółty to kroi tak, żeby sprzedać te takie z samego końca co są odbite pieczątki. Za to też mnie ojciec zawsze ochrzania i się drze że on mnie ani po wosk ani po farbę nie wysyłał tylko po ser żółty. W plasterki nie pokroi a jak kiedyś poprosiłem to się wydarła, że kolejka a ona ma dwie ręce. W zimie jak się wchodzi do sklepu to od razu zabija wzrokiem bo się czasem ślady na umytej podłodze zostawia. No ale bez jaj w budzie robię przekręty ze zmianą butów i nie zmieniam to co do sklepu będę z pantoflami przychodził? Kiedyś mój ojciec wysłał mnie po surówkę do sklepu bo mu się robić nie chciało do obiadu. Poszedłem i był napis markerem na kartce „surówki świeże w sprzedaży są”. Kupiłem 30 deko to mnie ojciec prawie zabił bo zapłaciłem 18 złotych za takie pudełeczko. Bo ta baba to ma żyłkę do biznes handlu. Ostatnio kupowałem picie i była promocja taka że dwie butelki Pepsi połączone i na opakowaniu pisało 2L + 2L gratis. To wziąłem bo pepsi 5.20 w sklepie to 4 litry za 5.20 to wychodzi 1.30pln za literka to w sumie 32 grosze za szklankę to po taniości raczej. Baba mnie skasowała i wziąłem rachunek bo coś tam kupowałem jeszcze i poszedłem do domu. Jak mnie kasowała to mówiła, „szkoda, że ta promocja się już skończyła i nie ma na hurtowni więcej. Przedstawiciel mówił, że im się to nie opłacało i dlatego”. Pomyślałem, że co mnie to obchodzi ważne że mi się opłacało :))). Jak wróciłem do domu i dałem ojcu rachunek to zaczął się drzeć czemu za pepsi zapłaciłem 8 pln (bo tyle było na rachunku) jak na opakowaniu pisze że gratis druga butelka. Kazał mi iść do baby po pieniądze. Bałem się to poszedłem z domu postałem chwile i wróciłem i dałem mu swoje pieniądze bo baby bałem się jeszcze bardziej. Teraz to już wiem czemu jej szkoda, że promocja się skończyła. Wałki tam kręci. Jak się kupuje jabłka czy coś na wagę to zawsze wsadzi coś popsutego do dobrych rzeczy żeby się pozbyć. Potem ja za to mam przewalone. W lecie to ma napis duży na kartonie na drzwiach „Napoje zimne w sprzedaży są”. Jak poprosiłem o wodę niegazowaną zimna to powiedziała, że wody nie wkłada bo nie ma miejsca i tylko droższe napoje. To wziąłem 2 litry Sprite to potem ojciec mówił, że butelka śmierdzi. Bo ona trzyma napoje zimne w takiej chłodniarce z kiełbasą i innymi takimi z mięsem. Tam na tym mięsie to kiedyś był napis „polędwica z czostkiem”. Mama się śmiała a ja nie czaiłem o co chodzi jak mi pokazywała. Dopiero jak wyszliśmy i się dopytałem to powiedziała, że pisze się czosnkiem a nie czostkiem. To akurat mi obojętne bo jakby nie to, że mi się tutaj samo błędy sprawdza to bym gorsze popełniał.

Teraz się obraziła bo pytała czy oglądam Małysza to powiedziałem, że mnie to nie interesuje i wole grać w gry to fuczała, że powinno się wspierać polskich sportowców a najbardziej na olimpiadzie. Miałem jej powiedzieć, żeby im przelała kasę co robi na lewo na pepsi na ich konto jak ich chce wspierać ale dałem se siana. Wziąłem 5 bułek z czego potem okazało się ze 3 z dzisiaj a dwie z wczoraj i poszedłem do domu. Ojciec znowu się na mnie darł i mówił „ty to chyba jesteś półdebil, no półdebil jak można nie umieć bułki kupić”. To niech se sam chodzi i zobaczymy czy jak go baba będzie zagadywała o Małyszach albo, że jak kroiła salceson to się przecięła i jej się nie goi to czy wszystko dobrze kupi i posprawdza.

Niedługo będę Antosia bojkotował tak jak kebaba w rynku w Rzeszowie co mnie tam chcieli kiedyś bić jacyś goście.

Siema nara hej.

20 lut 2010

Zakupy

Sajonara !

Trochę nie pisałem bo miałem bana na internet. Ojciec mi założył we wtorek ale mama pozwoliła mi już dziś posiedzieć trochę. Wszystko zaczęło się od tego, że pojechałem z tatą na większe zakupy we wtorek popołudniu. Wybraliśmy się praktycznie do samego Rzeszowa bo on chciał coś jeszcze do domu kupić. Najlepsze i najbliżej to mamy Auchana i Liroy Merlin bo są dwa obok siebie a nie trzeba do miasta wjeżdżać bo są przed miastem. Na parkingu masakra bo było milion śniegu i milion samochodów. Parking na 1.5 miliona a jak milion blokował śnieg to mogło wjechać tylko pół miliona samochodów. To tak z matematyki wychodzi a nie, że się coś wymyśla. Jeździliśmy dookoła parkingu – tzn ojciec mówił do mamy przez telefon „Szlag mnie trafi już 30 minut jeździmy po parkingu i nigdzie nie ma miejsca”. Dla mnie to nie jazda bo ludzie chodzili szybciej od nas. Dla mnie jazda zaczyna się jak na budziku przekracza 60 na godzinę.


Ja już miałem dość i podpowiedziałem tatowi, żeby wjechał trochę na śnieg bo widziałem gościa jak stał takim większym na śniegu a jak nie ma miejsca nigdzie to co ma zrobić? No to posłuchał mnie i najechał jedna strona samochodu na śnieg ale jak wjeżdżał to auto lekko podskoczyło ale tyle tak cicho, że na pewno nic się nie stało. Powiedział mi, że przynajmniej raz się do czegoś przydałem. Musieliśmy wysiadać moją strona bo od jego strony była latarnia no i cała kopa śniegu. Weszliśmy do sklepu to ja szybko poszedłem po wózek i wio w alejki. Dał mi kartkę i powiedział, żebym wziął to co na kartce a on idzie jeszcze zobaczyć do pasażu za spodniami i będzie za 10 minut. Powiedziałem „no probs bro” ale chyba nie załapał bo popatrzył na mnie jak na idiotę.

Coś tam porobiłem tych zakupów i minęło z 15 minut i zobaczyłem mojego tatę jak mnie szukał po sklepie. On nie zadzwoni na komórkę bo sępi kasę więc wolał łazić po całym sklepie i mnie szukać gdzie jestem. Zawołałem „tato” i chciałem do niego podjechać na wózku – tak położyć się brzuchem nogi do góry i kita. Tak ze 3 metry przed nim chciałem już hamować ale podniosło mi lekko przód i jak dałem go do dołu to te kółeczka z przodu się ustawiły bokiem i wrypałem się promocyjną wystawę herbaty. Rozwaliło się sporo tego na podłogę ale na szczęście tylko 2 opakowania popsuły się tak, że nie trzeba było je kupić. Z 10 minut układaliśmy te herbaty a ojciec cały czas mówił, że gdziekolwiek mnie zabrać to się musi wstydu najeść. Pozbieraliśmy wszystko, dokończyliśmy zakupy i pojechaliśmy do kasy. Ojciec był trochę zadowolony bo kupił sobie spodnie do pracy na promocji więc nawet bardzo nie pultał o ten wózek co nim wjechałem niechcący w herbatę. Spakowaliśmy wszystkie rzeczy w reklamówki i poszliśmy do samochodu, żeby zostawić manele i iść do tego Liroy Merlin. Na parkingu armagedon, ludzie, ciapa, snieg i samochody. Ojciec chciał iść na około a ja powiedziałem, że tędy będzie bliżej tylko jedna kałuża do przeskoczenia i tyle. To się zgodził bo też chciał szybko jechać do domu oglądać olimpiadę. Ja przeskoczyłem na luzaczku i on też tylko, że jak on skoczył i lądował to mu się w reklamówce szelka urwała i płyn do płukania, ręczniki papierowe i najgorsze we wszystkim nowe spodnie wpadły w ciapę. Płyn luz + ręczniki też luz bo zapakowane w folie a spodnie nie luz bo nie zapakowane. Mega się wkurzył i powiedział, że to moja wina jakbyśmy poszli na około to nie byłoby problemu o i w ogóle to już się chyba nie cieszył z tych spodni. Powiedziałem, że przepraszam i że jak się wypierze to będą dobre przecież. Nic nie powiedział tylko, że ostatni raz mnie słucha bo zawsze coś i że wracamy do domu nie idziemy do sklepu. Wsiedliśmy do auta, rzeczy do bagażnika i ruszamy. Tzn chcemy ruszać ale auto nie jedzie ani trochę. Okazało się, że się zawiesiło na śniegu cała strona od kierowcy. Próbował do przodu do tyłu ale nic nie dawało. Wtedy powiedział, że mam zakaz komputera i mało mu głowa nie wystrzeliła taki czerwony ze złości. Prosił gościa, żeby nas wypchali ale on powiedział, że to głupie bo coś tam może się zerwać od spodu i nie powinno się pchać jak auto zawieszone na śniegu. Musiał iść do ekipy sprzątającej prosić o łopatę i jak przyszedł to zaczął wywalać śnieg spod auta, żeby można było wyjechać. Chciałem zrobić za niego bo to był mój pomysł ale kazał mi się nie odzywać i że nic nie będę kopał bo znając mnie coś rozwalę albo porysuje auto łopatą czy coś. Tak z 10 minut odkopywał, oddał łopatę, wsiadł do auta i pojechaliśmy do domu.

Jak wróciliśmy mama zapytała czy był w Liroyu to krzyknął, że nie był i że nie będzie. Jak spytała się czemu krzyczy i co się stało to powiedział „zapytaj się syneczka on Ci powie co się stało”. Ja tylko ruszyłem ramionami i poszedłem do pokoju. Nie będę z nim nigdzie jeździł bo zawsze problemy. Przecież specjalnie nie zrobiłem, żeby się działo źle tylko że to życie jest i nie zawsze się robi jak się chce bo my sobie a życie sobie. 

Ok idę czytać internet bo jestem pare dni do tyłu i na gg mi wyskoczyło chyba 20 okienek jak odpaliłem.

Siemanejro !

16 lut 2010

Mirabelki.

Sajonara !!!

U nas na osiedlu to jest takie przdszkole co mają tam plac zabaw dla dzieci. Jak było ciepło to zawsze dzieci się bawiły ale tylko do 15:00 bo potem to ich zabierali do domu i przedszkole było zamknięte. Tam pracował „Kaszuba” (o Kaszubie napisze może innym razem), co był stróżem i ogólnie jak był w pracy to lepiej było nie wchodzić na teren przedszkola. Potem jak szedł do domu to można było robić różne przygody na ich kwadracie. Całe przedszkole otoczone było bramką taką zieloną i w sumie tyle było z zabezpieczeń. No i drzewka różne (nawet owocowe niektóre) rosły tam u nich przy bramce i było dużo zakamarków. Domki takie drewniane czy piaskownice i dużo krzaków. Raz jak już było ciepło to poszliśmy się bawić w chowanego. Teren był dobry do takich rozgrywek to często robiliśmy tam różne gry zespołowo-drużynowe. Było nas pewnie prawie dycha do zabawy. Nie pamiętam dokładnie kto był ale wiem, że na pewno byłem ja, Wargul, Popłoch, Kumfik, Kornik, Syra, Synuś, Paszczak i dwa Zachrady (to bracia i jeden był Zachrad 1 a drugi Zachrad 2 więc wołaliśmy ich Jeden i Dwa). To teraz liczę, że nas dziewięciu było. Zrobiliśmy wyliczankę kto będzie klupił a reszta będzie się chować. Różne mieliśmy wyliczanki ale żeby poszło szybko to zagraliśmy w marynarza i na kogo wypadnie ten kisi przy klupiance i liczy do 50. Wypadło na Kornika. On liczył   reszta dylowała ile pary w nogach żeby się schować. Ja z Wargulem pobiegliśmy zaraz koło ogrodzenia i staliśmy na ogrodzeniu za drzewami (bo teren zabawy to był cały ogrodzony i nie można wychodzić za). Kornik zaczął szukać i poszedł za budynek a my z Wargulem staliśmy i jedliśmy mirabelki bo właśnie za drzewami merabelkowymi staliśmy w ukryciu. Zjadłem chyba ze sto a połowę to kwaśne bo jeszcze zielone. Jadłem z nudy a Wargul wybierał tylko dojrzałe. Potem było kilka zmian na klupiance i już tak po 30 minutach zabawy nam się znudziło chowanego i zaczęliśmy się zamrażanego. To jest, że trzech (zależy ile ludzi się bawi bo czasem jak dużo to i czterech a jak mało to dwóch) biega i zamraża innych. Nie można dotykać trawy tylko po betonie można i jak ktoś jest zamrożony no, że jak ten co zamraża go dotknie to musi stać tam gdzie go zamroził a jak ktoś jest niezamrożony to jak dotknie zamrożonego to może odmrozić i tamten znów może uciekać. Trzeba dawać głośne komendy jak się zamraża i odmraża, żeby każdy wiedział co się dzieje. Komendy to są „ZAMROŻONY” i „ODMRAŻAM”. Uwielbiam odmrażam jak już nie ma praktycznie szans i wtedy ja ratuje ludzi i goście dalej muszą nas gonić aż zamrożą wszystkich i wtedy 2 pierwsi zamrożeni łapią i tak w koło Macieju.

Wybraliśmy składy i zamrażał Paszczak, Zachrad 1 i Syra. Zaczęliśmy uciekać trochę na drugą stronę budynku trochę od przodu. Teren taki jak w chowanego wiadomo. No i ja to miałem taką skrytkę na daszku co się wchodziło tylko po rynnie albo piorunochronie. Wlazłem tam i czekałem aż będzie ktoś zamrożony żebym mógł zeskoczyć i uratować bo lubiłem być takim wybawiaczem całej ekipy. Siedziałem na daszku i na dole już zamrozili Popłcha i Wargula po mojej stronie budynku i po drugiej też dwóch to tylko jeden był na wolności ale go zablokowali i nie mógł nikogo odmrozić. Nie wiedzieli gdzie ja jestem to pilnowali tej strony budynku co był zamrożony Popłoch i Wargul żebym ich nie odmroził. Ja siedziałem na tym daszku ale przewalało mi się w brzuchu po tych mirabelkach i już nie mogłem wytrzymać bo chciałem iść na kupę. Chciałem kupę i chciałem być bohaterem ratownikiem. No i trzymałem i  trzymałem a chciało mi się coraz bardziej i bardziej. Siadłem na pięcie żeby trochę zatamować ale dalej mi się chciało. Już mnie bardzo ale na serio mega ostro czad bolał brzuch. No i wcześniej mówiłem zamrożonym żeby dali znać jak będzie czysto to ich odmrożę. Nagle Wargul woła że droga wolna żebym złaził szybko i ich ratował. Wtedy to już nie dawałem rady z brzuchem i wszystko mi się przewalało w środku. Zszedłem szybko i jak biegłem odmrozić Popłocha to samo z siebie mi się popuściło i poszedł mi rzadziak z tyłka. Dobiegłem do Popłocha jeszcze i czułem, że wszystko mi się popuściło i ogólnie to się osrałem delikatnie mirabelkami. Powiedziałem, że muszę iść do domu i poszedłem okrakiem w stronę klatki. Oni widzieli jak idę i wiedzieli, że walnąłem kleksa w majty. Najgorzej było przejść przez ogrodzenie bo dalej mi się chciało i bałem się podnosić nogi i ogólnie to średnie jest uczucie jak się niesie towar w majtach przez całe osiedle. Jak wróciłem do domu to od razu do łazienki i spodnie do prania i majty do wyrzucenia.

Od tamtej pory już nie jem zielonych mirabelek bo nie dość że psują zabawę to na dodatek trzeba potem prać spodnie i to ręcznie. No i trochę potem wołali na osiedlu na mnie Kleks ale w miarę szybko się o tym zapomniało to jakoś przebolałem. Dobrze, że z dziewczynami była kosa i nie były z nami w bandzie to mniejsza siara.

Ok tyle siema nara hej !

14 lut 2010

Szkło powiększające !

Się mi przypomniało jak w piątek klasie pedałówy mieliśmy zajawe na szkło powiększające. Praktycznie każdy miał wtedy taki sprzęcior. Brało się takie szkło z różnych miejsc. Ci co mieli kasę to sobie kupowali nówki sztuki, ktoś miał od brata albo od taty czy coś. Im większe tym było fajniej bo się zasiewało szpan. Synuś to miał lupę z rączką i mówił, że ma najlepsze ze wszystkich. A nie miał najlepszego bo najlepsze miałem ja. Znalazłem w szufladzie stare bryle mojego dziadzia i rozginałem oprawkę i wyciągałem sobie szkło z lewego oka. Jak wracałem do domu to wkładałem do środka. Konkretna maszyna i mega przybliżało. Było grubaśne na wypasie, grubsze od dna słoika z sosu tatarskiego. Najpierw się ze mnie śmiali, że mam lipę ale jak zobaczyli jak wypala to każdy chciał mieć dziadka z konkretną wadą oka.

Wypalaliśmy dużo i prawie pół dnia jak tylko było dobre słońce. Ja swoim szkłem rozpalałem ogień w pięć minut. Ale najbardziej najlepsze było wypalanie na ławkach napisów i różnych rzeczy. Na każdej ławce na osiedlu miałem swój podpis. Sasza rulez !!! albo Sasza King !! i taka korona nad napisem. Kiedyś siedziałem w szkole w ławce od samego okna, bo musiałem siedzieć co tydzień w innym miejscu z inną osobą bo tak pani wychowawczyni kazała każdemu nauczycielowi ze mną robić. Że jak za długo siedzę z kimś to same problemy z tego wychodzą. Najlepiej lubiała żebym siedział koło dziewczyn takich co kujonizowały bo one nawet gadać nie chciały. No i to było na historii jak Bula był u odpowiedzi i gadał o wynalazkach i odkryciach naukowych. Mówił o lampach i żarówce i ogólnie o radio i takich tam. Ja sobie pomyślałem, że najlepszy wynalazek to szkło powiększające ale o tym Bula nic nie mówił. Taka była nuda to wyciągnąłem szkło swoje szkiełko i zacząłem wypalać na ławce. Było na tyle luzu bo siedziałem sam w 2 ławce bo Angoska co z nią siedziałem była chora. Zacząłem wypalać i wypaliłem już napis hista i połowę szubienicy bo chciałem powiesić histe w sensie, że mega nuda i ogólnie kiszka stolcowa. Cały czas słyszałem głos Buli jak gadał to wiedziałem, że teren czysty jak mówią z FBI „klir, go, go, go” i baba za biurkiem. To jak w połowie szubienicy byłem to nagle mnie ktoś złapał za pejsa i za rękę ze szkłem. To była baba od histy. Jak mnie złapała to mi szkło z ręki wypadło i się całe popękało bo walnęło o podłogę. Zaczęła się drzeć i kazała Dutkiewiczowej iść po panią pedagog. Kazała mi wstać i czekać przy tablicy aż przyjdzie Dutkiewiczowa z baba pedagog. Powiedziała, że co ja sobie myślę, kto zapłaci za zniszczoną ławkę, czy chciałem szkołe z dymem puścić i potruć inne dzieci w klasie. Nieodpowiedzialny i że mam lekkiego ducha i takie tam i lekceważę wszystko. I co to za napisy i w ogóle to chyba 5 minut się podniecała. Było mi obojętne wszystko tylko najgorsze, że rozwaliło się moje szkło. Baba kapnęła się, że coś się wypala po zapachu bo najpierw się spalił lakier a potem się hajciło drewno no i po dymku co szedł trochę z wypalania. Pedagog była nawet spoko bo się nie darła ale i tak miałem przesrane jak sto pięćdziesiąt.

Musiałem zostać po szkole, przyszedł mój ojciec pokazała mu ławkę która zniszczyłem i powiedziała, że albo trzeba zapłacić albo samemu ją zrobić tak jak była. Powiedział mi, od razu jak wyszliśmy od pedagog, że mam szlaban i ogólnie nie mogę wychodzić z domu do odwołania. Jak wróciliśmy do domu to było jeszcze gorzej bo dziadek do nas przyjechał i chciał oglądać tv a to były jego okulary takie co zostawiał u nas. Zobaczył, że nie ma szkła w pinglach i nawet jak się nie przyznałem to ojciec wiedział, że to tym szkłem wypalałem w szkole. Wcześniej powiedziałem, że to było kolegi. Po tym to dał mi szlaban na wychodzenie nie z domu ale ze swojego pokoju i zabrał mi wszystko poza książką i zeszytem ćwiczeń do historii. Ojciec się mocno wkurzył musiał się zwolnić z pracy żeby przyjść po mnie do szkoły do pedagog a potem drugi raz żeby przyjść do szkoły ze mną w piątek (bo w sobotę zamknięta i się nie zgodzili) czyścić papierem ściernym i szczotka taka drutową całą ławkę (tzn ja czyściłem a on mi gadał cały czas). Nie dało się wyczyścić idealnie to jasnym lakierem nie zakryło. To się znów bardziej wkurzył bo musiał iść kupić ciemniejszy i znów wydać kasę i tym ciemniejszym już się zakryło wszystko. Wolałbym żeby to się nie stało bo wydał dużo kasy, lakier, szczotka, drugi lakier i nowe okulary dla dziadka i jeden dzień bezpłatnego urlopu bo raz pół dnia i drugi raz pół. Ale co się stało to się stało i jak się rozlało mleko to trzeba pościerać bo się nie da wsadzić do butelki rozlanego a jak się da to już i tak inny smak będzie miało i już nie będzie UHT.


Potem już nie wypalałem chyba, że ktoś sobie dał wypalić coś swoim szkłem bo ja nie miałem już skąd wziąć. Ale nawet jak ktoś pożyczył to wypalanie było bez sensu bo co chwile patrzyłem w swoje okno czy ojciec się nie patrzy bo powiedział, że jak mnie zobaczy przy wypalaniu to on mi wypali ale pasem dwie pręgi na dupie.

To jak wypalacie to lepiej nie w szkole i uważajcie na szkło z bryli dziadka jak na oko w głowie bo potem tylko same problemy i nieuprzejmości.

13 lut 2010

Szafa !

Nie wiem jak Wy ale ja nie lubię rozsuwanych szaf. Może dlatego, że miałem słabą przygodę z taka szafa i teraz omijam takie coś. Moi rodzice poszli kiedyś na imieniny do ciotki. powiedzieli ze będą kolo 22 i ze mam się kłaść spać przed 21. To wszystko było jak bylem jeszcze w pedalówie. postanowiłem ze przestraszę ich jak wrócą do domu i schowałem się w rozsuwanej szafie co mamy w przedpokoju jak się wchodzi do domu (to kiedyś ojciec wymyślił, że garderoba będzie bo chyba chciał z naszego dwupokojowego wille zrobić). Szafę montowali chyba 3 dni bo sufit był krzywy i się te szyny nie chciały ustawiać i drzwi odsuwać. no ale to mała o to. Wlazłem do tej szafy tak chyba za 15 22. Oni wrócili zaczęli ściągać buty a ja chciałem wyskoczyć z szafy i ich przestraszyć. walnąłem rekami w drzwi ale tak jakby się otwierały jak normalne bo zapomniałem że to się odsuwa. Zerwały się takie kolka z góry i drzwi całkiem wyleciały. Walnęły w mojego ojca i pękło lustro co było na tych drzwiach. Do tego urwały się półki po przeciwnej stronie ściany spadły na dol i rozwaliły płytki w przedpokoju. Ojciec miał rozcięta głowę a ja przewalone przez chyba 2 tygodnie. Tak podsumować to dziury w ścianach bo półki wyrwałem ze śrubami. Płytki rozwalone a nie mieli żadnych dodatkowych. w sklepie nie było już takich samych i cały przedpokój popsuty. dali inny kolor płytek i położyli dywanik w tamto miejsce. Ta szafa rozsuwana to potem dużo kasy zabrała bo szyny się rozwaliły i te kolka no i cale to lustro. Ogólnie to jak kupowali była droga a naprawa kosztowała praktycznie tyle co nowa. Od tamtej pory już nikogo nie straszę bo średnio to wyszło. Najgorsze ze ojciec musiał jechać na pogotowie a był na bance, mama też i nie miał kto z nim jechać więc trzeba było taksówka. Od nas to kawal drogi na pogotowie i potem zwolnienie z pracy a on jak nie sprzedaje to nie ma dodatkowej kasy i szkoda gadać. Wtedy dali mu też tabletki na ból bo go bolała mocno głowa. Okazało się, że ma uczulenie na jakiś tam składnik tabletek i mu cale czoło spuchło i wyglądał jak klingon ze star treka.

Teraz niby się z tego śmieje, ale wtedy to jakby mnie matka nie zamknęła przed nim w kiblu to chybaby mnie zabił.

Polecam wiec zwykle szafy chyba że lubisz star trek i chcesz mieć klingona w domu przez jakiś czas to polecam te zasuwane.

12 lut 2010

Lodowisko część druga - czyli lodowisko i po lodowisku

Piona !!

Chciałem napisać o tym wczoraj, ale nie dałem rady. Złapały mnie zatoki i musiałem naświetlać czoło taką specjalną lampą. Kiedyś chodziłem do przychodni na naświetlanie ale od kiedy moja mama przyniosła taki filtr fioletowy co się wkłada do lampy to robię to w domu. Mamy taką lampkę biurkową i tam mój tato wsadził żarówkę 350 i do tego zrobił taki szkielet i obwinął go folią aluminiową. Do tego rusztowania wkłada filtr a rusztowanko zakłada na lampka i okleja taśma taką brązową szeroką. Się trzyma i grzeję tak jak ta w przychodni no i nie trzeba chodzić i działa tak samo. To jak nie ma różnicy to po co chodzić prosić i dawać czekoladę za to że zrobią jak można w domu i samemu zjeść czekoladę. Teraz mam dzień wolny więc w sumie trzy pod rząd bo nie poszedłem do szkoły już dzisiaj.

Teraz o naszym lodowisku. Jak wstałem w sobotę to pierwsze co to poszedłem do okna obczaić co się dzieje. W sumie za wiele nie zobaczyłem ale i tak byłem podjarany. Z kumplami umówiliśmy się na 10:30 a ja wstałem o 8:00 żeby wszystko sobie przygotować. Po śniadaniu szybko poszedłem do piwnicy po łyżwy. Przyniosłem sobie brązowe panczeny mojego brata. Zajebicho bo jeszcze rok temu nie mogłem w nich jeździć bo były na mnie za duże. Teraz też były za duże ale mniej i jak napchałem waty w czubki to nawet się tego nie czuło. Cały się ubrałem i byłem prawie gotowy do wyjścia. Wziąłem też kij do hokeja i znalazłem jeden krążek to wsadziłem go do kieszeni. Jak już prawie wychodziłem z domu to zobaczył mnie mój brat i po panczenach. Powiedział, że to jego łyżwy i że on mi ich nie pożycza. Zaczął mówić że oni idą dziś też jeździć i nie mogę ich brać. Mama powiedziała żeby mi dał ze przyniosę za dwie godzinki i sobie weźmie jak będzie jechał. To wymyślił, że mi się kostka skręci i że to niebezpieczne bo są te łyżwy za duże. Powiedziałem, że są idealne, świetnie leżą w ogóle cycuś glancuś. Mama powiedziała, że jak za duże to nie powinienem brać. To mówiłem non stop że jak bum cyk cyk są dobre. Kazali mi ściągnąć buty i jak wyjęli z jednego czubka garść waty to już mi nie uwierzyli że są dobre. To wtedy to biała gorączka we mnie weszła. Wykablowałem na brata, że ma Twój Weekend schowany za książkami to on mi zabrał kij do hokeja.

Musiałem iść jeszcze raz do piwnicy po inne łyżwy. Przewalone bo były tylko figurówki. Najgorzej nie, że figurówki tylko, że nie czarne. One to białe nawet nie były tylko takie śmietanowe albo jak majonez. Trudno musiałem brać te co były jak chciałem coś porobić z chłopakami. O 10:30 już byłem na podwórku. Ciężko mi się schodziło po schodach i musiałem się trzymać poręczy do samego dołu. Jak byłem na polu to szybko poszedłem przez śnieg do lodowiska. Trochę źle się szło ale dało rade. O 10:30 było nad pięciu. Ja, Kumfik, Popłoch, Wargul i Synuś. Czekaliśmy na Kornika. Gość się spóźnił jakieś 15 minut. Powiedział, że jak wiązał swoje łyżwy to mu sznurówka się urwała i nie mógł znaleźć innej i przekładał z trampek do ma do szkoły na zmianę. Ogólnie to patrzyliśmy trochę kto jaki ma sprzęt do jeżdżenia. W sumie to było 3 figurówki (różne kolory), jedne panczeny Kornika, jedne do hokeja takie fajne wyższe (to miał Synuś ten co ma bogatego ojca i co mówił o muldach jak robiliśmy teren) i największy zbłaz miał Wargul bo te łyżwy co miała jego siostra były za małe i wyskoczył w takich na dwóch szynach co się zakłada na buta i zapina paskami. Sankołyżwy dla dzieci ! To mieliśmy z tego polew przez 20 minut no ale jakby nie to że były figurówki mojej mamy to też musiałbym wyskoczyć w takich jak on miał.

Problem zrobił się jak chcieliśmy zacząć grać. Były składy po równo ale tylko trzy kije do hokeja. Wiadomo miał Synuś bo on ma wszystko, Kornik miał od brata i Kumfik wziął od Lopeza. Brakowało jeszcze jednego żeby pograć 2 na 2. Wtedy przypomnieliśmy sobie że Popłoch miał rok temu kija. Taka prowizorka bo sam go robił i nie wyglądało to na kij do grania ale dobrze obkleił taśmą i w sumie grało się całkiem miodnie. Szybko poszedł po niego do piwnicy i mogliśmy grać.

Ja byłem w drużynie z Popłochem. Kumfik z Wargulem a Kornik z Synkiem. Pierwszy mecz my na Kornika z Synkiem. Wziąłem kij od Kumfika i poszliśmy na swoją połowę. W sumie oni mieli najlepszy sprzęt z całych drużyn. Dobrze że znalazłem krążek w piwnicy to było czym grać bo zazwyczaj to kamieniem takim płaskim się grało. No i zaczęliśmy. Nie mogłem jeździć bo te ząbki co miałem na łyżwach z przodu były całkiem starte i nie dawałem rady się rozpędzać. Zostałem na obronie a Popłoch był na przodach. Oni mieli dobry sprzęt ale gorszę umiejętności. Synek to jak ktoś na niego jechał to panikował to szybko strzeliliśmy im pierwsza budę. Graliśmy do 2 bramek zmiana połów i wygrany zostaje. Po zmianie połów od razu jak się prawie zaczęło to synek dostał krążka i jechał na mnie bo ja byłem na bramce dalej bo mi łyżwa nic nie kleiła do tafli przez te ząbki. Popłoch jechał za nim i chciał od tylu mu zawinąć krążek ale trochę mu zeszło i się Synuś wyglebił na jego kiju. Zawalił głową o lód i miał rozcięta wargę i mu się ruszały dwa zęby. Nie wybił ale mu się ruszały. Jakby nie amortyzował rękami trochę to by wybił a tak to nie wybił. On jest laluś to poszedł do domu z płaczem i powiedział, że Popłoch pożałuje.

Myśmy grali dalej tylko że weszła druga drużyna. Tak po 10 minutach wypadł na podwórko Synek z ojcem i pokazywał palcem na Popłocha. To Popłoch zaczął uciekać z lodowiska. Przyszedł ojciec Synka i zaczął na nas się drzeć że jego syn mógł mieć wstrząs mózgu i wybić zęby. Pomyślałem, że może jakby mu się mózg wstrząsnął to nie byłby takim lalusiem i kablem i tatysynkiem co płacze jak się wywali. Nic nie powiedziałem na głos bo jego ojciec jest narwany i ogólnie to dziwne że nie gonił popłocha. Powiedzieliśmy tylko że przypadek i niechcąco bo było niechcąco przecież. Stary Synka powiedział, że on się postara żeby więcej takich niechcących nie było. Myśleliśmy, że tak gada i tyle. Poszedł do domu i dla nas był koniec akcji i zaczęliśmy wyśmiewać między sobą Synka ze laluś i mieliśmy iść po Popłocha bo i tak po gierce bo Synek zabrał kija. Za chwile z klatki wyszedł znów ojciec Synka z łopatą i wiaderkiem. Poszedł do piaskownicy odkopał śnieg, nasypał wiadro piasku i zaczął posypywać nim całe lodowisko. Nikt nic z nas nie powiedział ale Szostkowa otworzyła okno i zaczęła wołać czemu ojciec Synka niszczy dzieciom lodowisko. Powiedział, że jego syn ma wstrząs mózgu i wybitego zęba i nie chce żeby komuś się to krzywda stała taka sama albo większa. Okłamał wiadomo ale Szostkowa uwierzyła i powiedziała „tak tak to ja nie wiedziałam, że coś się stało. To dobrze dobrze trzeba dmuchać na zimne”. O i tak żeśmy mieli lodowisko. Polazłem do domu. z Synkiem kosa z bratem kosa ze wygadałem o Twoim Weekendzie i ogólnie cała sobota popsuta bo śnieg się nie kleił nawet nie dało się budować bazy żadnej.

Teraz to już spoko. Właśnie zaczęły się ferie i szkoda tylko, że dziś nie mogę nigdzie wychodzić żeby znowu głowy i zatok nie przemrozić. Nie wiem co będę dzisiaj robił ale znalazłem nintendo na strychu to sobie zagram w Contre. Sie trenuje się jest dobrym, to sie potem gra i się wygrywa się!!

Strzała!!

10 lut 2010

Lodowisko część pierwsza!

Siema!

Siedzieliśmy z ekipą w klubie (bo mamy taki klub w piwnicy co się spotykamy z kolegami ale o jego powstaniu itd. itp. może innym razem)i gadaliśmy o tym, że w lecie jest chyba lepiej bo można więcej rzeczy robić a teraz zimno po maksie i nuda. Jak tak gadaliśmy to mówiliśmy że zimowa pora to czas sportów zimowych i innym ruchowych akcji na świeżym powietrzu co się używa do nich śniegu, lodu i innych sprzętów. No i wymyśliliśmy że zrobimy lodowisko. To jak trzeba robić to trzeba robić.

Żeby zrobić to trzeba było zorganizować dobry sprzęt. Myśmy wymyślili, że będzie podział zadań i specjalne grupy zmontujemy. Plan obgadaliśmy konkretowo i detalistycznie ale musieliśmy zrezygnować z grup bo za dużo problemów było. Ten nie chciał z tym w bandzie być a potem że zadania ci maja lepsze a ci gorsze i trudniejsze. To jednak zaczelismy robić wszystko cala banda na hura bura po kolei. To najgorzej było wyrównać teren i zrobić bandy. Nikt nie chciał uklepywać bez sprzętu bo śnieg był olany przez psy i też trochę kupy od psów było tam gdzie wybraliśmy miejsce na lodowisko. Teren to było: od ławki do murka i od chodnika do drabinek. Nie liczyliśmy dokładnie ile było min bo było kilka warstw śniegu i niektóre miny były ukryte pod świeżym śniegiem. Załatwiliśmy od sprzątaczki Łopatę, odśnieżyła chodniki to już nie potrzebowała, żeby robic teren i bandy. Policzyliśmy na kroki nasze lodowisko i wyszło nam 21 kroków Kumfika na długość i 14 kroków też Kumfika na szerokość. To jak robiliśmy grunt to się właśnie Kumfik z Lopezem pobili bo to bracia i się zawsze bili. Teraz o to że Lopez miał uklepywać śnieg rekami na bandach a Kumfik mu narzucał śnieg z terenu zeby bandy były wyżej od tego co będzie lód. No i najpierw dawał mu taki fajny czysty i jak już szło z automatu, że Lopez nie patrzył na śnieg tylko klepał to Kumfa zaczał mu specjalnie wybierać taki z gównami i olany przez psy czyli jak to mówią „cytrynowy puch”. To jak ich już rozdzieliliśmy i teren i bandy było gotowe to trzeba było zacząć nosić wodę z pompy. Każdy musiał przynieść z domu jakieś wiaderko czy coś zeby się dało nosić Wodę w tym. Mieliśmy się zmieniać przy pompie co 10 minut bo ona ciężko chodziła i dłużej nie dało rady pompować z dobrym ciśnieniem. Trochę się na mnie wkurzyli gosćie bo ja wziąłem kosz co mamy w domu na śmieci i pierwsze zalanie to wyplukaly się syfy z kosza i trochę łup z ziemniaków wylało się razem z wodą na tafle. Po tym to każdy musiał wypłukać dobrze sprzęt do noszenia wody zanim zaczął zalewać teren. Laliśmy wodę chyba jakieś 2 godziny non stop bo to spory teren był i musiało być wody ponad każde nierówne miejsce. Nasz kumpel co jego ojciec jest bogaty trochę i jeżdżą na narty powiedział nam ze to są muldy ale nam to było obojętne bo i tak trzeba zalać i tak. A Andrut nieźle z niego łacha pocisnął i mu dogadał, że muldłoki to robi majkel dzekson a nie śnieg na podwórku. Jak było zalane to mieliśmy przerwę do następnego dnia rano bo musiała się woda dobrze zamrozić aż na lód. Daliśmy jeszcze takie patyki na każdym rogu tzn wbiliśmy w ziemię i zawiązaliśmy szmatę na górze żeby ludzie nie wchodzili bo popsuliby robotę.

Byłem cały mokry a musiałem wrócić do domu. Zrobiłem trochę z tajniaka i szybko wszedłem a na klatce ściągnąłem buty i kurtkę i szybko do pokoju dałem na kaloryfer i potem ja do łazienki i się nie kapnęli że byłem cały mokry. Następny dzień to była sobota to nie mogłem się doczekać aż wypadnę na pole.

Może jutro napisze więcej o lodowisku czyli drugą cześć bo zaraz będę miał obiad i w ogóle to nie chcę mi się już przed kompem siedzieć i muszę iść do piekarni po chleb bo o 13:00 jest ciepły zawsze.

Hajri hoł!

9 lut 2010

Wypad do rzeszowa na koncert!

Hajri Hoł!!

W ostatnią niedziele był w rzeszowie koncert i czekałem na niego dość długo i nie mogłem się doczekać. Jak było 3 tygodnie do koncertu to sie wkurzałem że niepowinno się tak wcześnie dawać znaka że jest impreza. Czeka sie i czeka a w zanim będzie koncert to jeszcze kartkówka z majcy albo fizy może być i dostane lampe i mnie starsi nie będa chcieli puścić. Ale jak już się tak wyczeka długo to potem nawet najgorsze zespoły wydają sie być najlepsze i nawet dwu osobowa ściana śmierci na koncercie jest mega wypasiona. Jak to mówia Rzymu nie zrobili na raz to i pogo na raz nie zrobi. Rozrasta się po każdym numerze a jak zagrają coś znanego najlepiej jakis klasyczną przebój to wtedy szajba trafia w ludzi i nie ma zmiłowania. Każdy kto potrafi i oczywiście się nie boi wkręca moshing pod podestem.

Chciałem na koncert zabrać mojego kumpla co go wkręcam w ciężką muze ale on musiał jechać do rodziny bo dziadek miał imieniny i trzeba było być bo jego mama mówi ze nigdy nie wiadomo czy to nie ostatnie imieniny Ryśka. Ja mam lepiej i ogólnie nie musze jeździć ale czasem wyjątki sie pojawiaja i musze jechac. W tym roku musiałem bo na święta dostałem od dziadka konsole do naparzania w gry to musiałem podziękować i dlatego byłem na jego imieninach. Drętwo jak zawsze ale przynajmniej babcia robi dobre placki to pocisnąłem kilka kawałków serownika i jabłkowca. Pojechałem sam bez kumpla.

W pierwszą strone jechałem autobusem. Było konkret bo cziko ode mnie z klasy pożyczył mi płyte czyszczącą laser i naprawiłem discmana i sluchalem muzy cała droge. Przywaliłem 36 crazy fists na losowe odtwarzanie w petli i kita. Nawet jak jechało się 40 - 50 na godzine to mi sie wydawało ze 90 na budziku jest na bank przez muze. Nie wiem czy przez to że wczuwalem w muzyke czy ze myslalem o zabawie na gigu wysiadlem o 2 przystanki za wcześnie. Do rzeszowa czesto nie jeżdze to porypaly mi sie osiedla. Ale spoko bo wsiadlem sobie do miejskiego autobusu bo akurat jechal i podjechalem ten kawalek. Jak już sie zatrzymal to zajawka mnie na maksa wziela ze juz jestem i ogolnie zajawka i wyskoczylem z autobusu z trzymaniem za rurke nad drzwiami. Kumple mowili ze jak kanary wsiadaja to najlepsi goscie wyskakuja na nich wlasnie z rozmachu i z trzymaniem za rurke i wtedy robi sie miejsce i naginaja przed nimi. U mnie kanarow nie bylo ale bylo 36CF. Zlapalem rurke bujnalem i juz nie bylo jak kumpel opowiadal. Rekawiczki mi sie zeslizgneły z rurki i polecialem na plecy nogami do przodu. dotknalem pietami ziemi i myslalem ze sie wyratuje ale bylo slisko i nie sie nie dalo nawet mimo ze lapalem stabilizacje rekami. walnalem plecami o chodnik az mi czapka spadla. Nic mi sie nie stalo bo mialem plecak ale discman ktorego naprawilem i mialem go w plecaku to juz sie nie da naprawic. No i troche wstyd bo ludzie mnie wysmiali ale to nic i tak zadko jestem w rzeszowie.

Polazlem do rynku i ludzie co ich pytalem gdzie klub pokazali mi dokladnie gdzie jest to trafilem bez problemu. Wyslalem ojcu sms ze to sam srodek miasta i ze najlepiej to jak bedzie po mnie jechal to pod ratusz. Wbilem do środka to było juz pare ludzi. nie za duzo nie za malo ogolnie pare ludzi. siadlem sobie przy stoliku i myslalem ze cos sie uda z discmana zlozyc ale nie dalo rady. Pierwsza kapela totalny dead core! Dobry do moshingu, garowy mial niezle patenty na dwie stopy i ogolnie zajebista nuta!! Ludzie nie zwariowali ale lekki zalazek pogo byl. fajnie sie ruszali na scenie, skoki, poobrotowki machanie wioslem itp. wokal mowil ze to ich pierwszy koncert to jak na debiut to pozytive ! Potem druga kapela co byla taka lajtowa. Na majspejs jak sluchalem to wydawalo mi sie ze bardzej lajtowa bedzie a na zywo byla mniej lajtowa. Ale to taka muzyka bardziej zeby degustowac ja niz do ostrej zabawy. Na trzeci ruszt poszla kapela co najbardziej moshing zainstial na niej. Szybkie numery i gardlowany wokal no i sznitujace rify. dobra zabawa i nawet bylo proszenie o reszte i sie zgodzili a potem musieli konczyc bo szli na pociag. Na koniec ostatni zespol. juz chyba moj ojciec czekal pod ratuszem jak zaczeli grac bo jak wyszedlem o 22:45 i doszedlem do auta to myslalem ze mnie zabije. oni zagrali taki rock punk hardcore i melodyjnosci nie brakowalo i troche polamanych dzwiekow. ludzie na koncercie potrafili sie bawic. to mi sie podobalo ze nie bylo sztywnosci. Byla tez szama ale jak spytalem po ile to powiedzieli ze tylko dla zespolow to nie pojadlem nic. Co mi sie nie podobalo to ze za duzo dymu z petow i caly smierdzialem i ojciec potem ze skrzywiona buzka siedzial bo mu smierdzialo. no i nie bylo cieplo zbytnio a ja mialem troche mokre spodnie na tylko po ladowaniu przed autobusem i mi zimno bylo ale hardcore pride w moshu sie rozgrzalem.

Po koncercie pobieglem do ojca bo chyba mialem 15 nieodebranych polaczen od niego. Mega sie spuszyl ze czekal i ze zimno i musialo auto chodzic wlaczone i ze paliwo czerpalo i ze wstaje rano i ogolnie to nie wygladal na szczesliwego. Przez cala droge sie nie odzywal i troche mialem wyrzuty sumienia ze czekal dlugo a ja w najlepsze zabawa. Troche nie moja wina bo mialo byc o 6tej a zaczelo sie o 7:30. podsumowanie wyjazdu jest takie. Wkurzony ojciec, popsuty discman, brudny plecak i burczenie w brzuchu.

Tyle zbieram sie do szkoly. juz w sumie luz wystawione oceny praktycznie wszystkie ale chodze bo mam duzo nieobecnosci a na ferie chcialbym miec luz w domu.

siema nara hej !!

8 lut 2010

Rozdziewiczenie profilu

Sajonara !!

tym postem rozdziewiczam tego bloga. Dlaczego zalozylem bloga? Kiedyś zapytałem w szkole czy ktoś wpisze mi sie do pele-mele to mnie wysmiali i powiedzieli ze teraz to sie robi na profilach spolecznych. Chcialem do pamietnika wpis to dowiedzialem sie ze od tego są blogi. To sobie zalozylem najpierw bloga a potem pomysle co dalej.

Jak mnie najdzie to sieknę coś ze starych przygód, w inny dzień zapodam jakąś nowość czyli całkiem aktualne świeże i pachnące nowością wydarzenie. Będę pisał co w budzie, na chaci, po budzie, poza chatą. co u ziomków i takie takie. Ogolnie to o zyciu bo co to za zycie bez zycia.

Nie wiem czy dobrze rozdziewiczyłem, ale jak cos to pretensje do babki od wychowania do zycia w rodzinie!

no to siema nara hej