30 paź 2011

Szambo !!!

Szufla !!!

Kiedyś mogłem umrzeć i po prostu nie żyć, w sensie być martwym trupem ! Napisze o co chodzi żeby każdy wiedział jak to się stało, że spojrzałem śmierci przez oczy prosto w potylice !!!

Kiedyś tam jak jeszcze nasza pedałówa nie była całkiem gotowa to budowali sale gimnastyczną i drugą część szkoły. Wiadomo każdy chce mieć blisko do szkoły więc ona musi być siarczystych rozmiarów żeby się wszyscy zmieścili. Ja już byłem po pasowaniu na ucznia więc bujałem się po szkolnym korytarzu jak stary wilk morski po pokładzie albatrosa. Kiedyś przed samym końcem roku szkolnego poszedłem z Kumfikiem za szkołę na odgrodzony teren budowy. Chcieliśmy obczaić co się dzieje i czy przez całe wakacje uda się im zrobić salę gimnastyczną bo wiadomo, że fajnie pograć na WF w gałe czy inna kiwkę a nie na korytarzu robić przewrót w przód na ocenę czy jakieś inne skoki przez kozioła. 
Szybki skok przez siate i już byliśmy na budowie. Najpierw obczajka terenu czy nie wyskoczy zaraz jakiś strażnik z powołaniem i nie będzie w nas rzucał trzonkiem od siekiery. Teren czysty więc na luźnej gumce wjeżdzamy na posesje. Pochodziliśmy sobie trochę po budowie sali gimnastycznej. Kumfa policzył na tiptopy jaka będzie długość sali i wyszło, że będzie można konkretnie pokiwać 5 na 5 albo 3 na 3 po szerokości i zamiast bramek materace. Poszliśmy połazić między barakami i wykopami pod drugą część szkoły dla małolatów od klas 1 do 3. Wiadomo jak budowa to i takie baraki dla robotników co się tam przebierają czy coś. Jedna z takich bud to był kibel. Wszystko z tego kibla szło do dołka zrobionego przy tej budzie. Dla nas wtedy to był czad ! Znaleźliśmy scyropian i zrobiliśmy sobie łódeczki. Ja swoją dałem sobie na sznurek żeby mi nie odpływała. Nie wiem co nas wzięło ale poszliśmy sobie popuszczać je na tym szambie. 
Kumfa puścił swoją i nie miał sznurka kontrolującego więc mu łajba lekko odpłynęła od brzegu. Walczył żeby ją dostać i jak na złość nie było żadnego patyka w zasięgu ręki żeby sobie ją przybliżyć. Kumfa zaczął się denerwować bo mój lodołamacz sobie super dryfował i jak odpływał to go przyciągałem a on miał tak zwaną lipe. Wiadomo że Kumfa był i jest przykurczem i miał zastępczą ksywe "pigmej" co się ta ksywa nie wzięła przecież znikąd nie? Ja byłem od niego wyższy więc miałem też dłuższe ręce. Kumfa poprosił mnie, żebym mu pomógł przybliżyć jego sterowiec. Prosił a raczej sępił tak samo jak sępi zawsze dziubadło!!
- saszka dostałbyś mój statek?
- nie chce mi się wygniać chłopaku.
- ale powaga sasza podaj statek bo zabawa nie ma sensu jak ty sobie puszczasz a mojego nie moge dostać.
- nie bo to ryzykowne jest i nie mam się czego złapać na asekuracje.
- jak mi nie podasz to pójde do Sawickiej i powiem, że to ty ukradłeś jej wszystkie kompoty z czereśni z piwnicy.
- ale przecież to nie ja jej kradłem tylko my więc co powiesz sam na siebie?
- jak pójdę sam i powiem, że to ty to ja będe kryty a Ciebie ojciec przetnie na pół tak samo jak cię przeciał jak przerobiłeś wigrusa siostry na żużlówkę.
- dobra podam Ci ale nie że się boje tylko, że mi Cie żal a jak powiesz na mnie Sawickiej to ja powiem o torcie skrzypkowi ! 
- ok masz moje milczenie tylko daj statek i mamy zgode !

Przybiliśmy sobie pione i ruszyłem do akcji. Nachyliłem się chyba trochę za bardzo a jak pisałem nie miałem asekuracji i chyba straciłem kontrole nad swoim ciałem bo nie wiem jak to się stało ale wpadłem na główkę do dołka. Potem nie pamiętam co się działo ale słyszałem tylko krzyk Kumfy który raczej spanikował. Cudownym dotknięciem magicznej dłoni udało mi się przekręcić i wypłynąć na górę. Kumfa stał na brzegu i cały się trząsł. Jak tylko mnie zobaczył to od razu przestał się telepać i zaczał na mnie pokazywać palcem, szydzić i się drzeć "szambonurek" "szambopij", "szczochmen". Tak przykozakował bo najpierw miał kleksa że umarłem a jak zobaczył, że żyje to od razu mu się zmieniło zachowanie. Nie ważne.

W tym wszystkim najgorsze było to, że spadły mi w tym szambie okulary! Kurde nówka sztuka pingle miałem ze szkłami korekcyjnymi i zaklejonym okiem do ćwiczeń. Pierwsze co myślałem to, że mnie stary zabije za to, że posiałem osłonę na oko. Nowe pingle psia krew na receptę. Nie wiedziałem co zrobić i jak wrócić do domu. Cały mokry i śmierdzący a tu trzeba przejść przez osiedle i to w środku dnia! Dramat!!!! Wiedziałem, że muszę wrócić do domu bo nie będę siedział na budowie do nocy. Powiedziałem do Kumfy, że muszę przejść jakoś do domu tak, żeby mnie ekipa z osiedla nie widziała. On powiedział 
- stary to przeze mnie wpadłeś w to gówno po uszy więc odwrócę ich uwagę a Ty przejdziesz. 
Kawałek szliśmy razem w sensie Kumfa kilka kroków z przodu bo mówił, że śmierdze i zbiera go na spawanie jak idzie zbyt blisko. Jak zobczyliśmy osiedle to Kumfa dał znać że biegnie odwrócić uwagę ekipy a ja mam iść tym tempem co idę i jak dojdę bedzie pusto i się wślizgnę. Powiedziałem mu że spoko plan i Pigmej ruszył. Na ośce byłem 3 minuty po Kumfie patrze faktycznie nikogo nie ma. Uśmiechnąłem się pod nosem i rura szybkim krokiem do klatki. Minąłem ogródek Jaruzela i zostało mi 10 metrów do klateczki. A wtedy to zza klatki Paprocha wypadła cała ekipa z Kumfą na czele i zaczęli ze mnie drzeć łacha i zatykać nosy niby że taki smród. Strzeliłem buraka i rura do domu. Do Kumfy tylko zawołałem że
- nie żyjesz gnoju !!! 

W domu na luzie nawet się na mnie nie darli. Trochę się przestraszyli więc pewnie dlatego. Już myślałem że to koniec wstydu na ten dzień ale wstyd dopiero miał się zacząć!!! Mama powiedziała, że muszę mieć okulary. Pomyślałem spoko pójdzie się i kupi. Ojciec za to miał inny plan !! Plan był zły ! Przyszedł do mnie jak wyszedłem z łazienki i powiedział. 
- Zbieraj się idziemy
- gdzie mamy iść?
- to ty mi pokażesz gdzie iść. ubieraj się masz 5 minut.
Fajnie tylko,  że nie miałem żadnych czystych ciuchów wszystko brudne a te ostatnie co były czysŧe to śmierdziały szambem bo w nich się włąsnie prawie utopiłem. Przyszedłem zadowolony do kuchni i powiedzałem do ojca że nie możemy iść bo nie mam ciuchów. Ojciec się wkurzył i powiedział że on mi ciuchy załatwi. Poszedł do szafy i wyciągnał jakaś koszule w kwiatko motyle mojej matki i kazał mi ubierać. Powiedziałem że w tym nie pójde bo nie i już, że mam honor i zasady. A on mi powiedział, że ma skórzany pas a jak nie pas to ma dobry kabel od video !!! Fak siet raz dostałem w dupę kablem i wolałem jednak koszule w kwiatkomotyle! Do zestawu dostałem damskie spodenki i co najbardziej upokarzające sandały w których udało mi się nie chodzić przez ostatni rok czasu. Myślałem nawet że ich nie ma już w domu. Niestety były !! Tak wystrojony musiałem przejść przez osiedlę. Wyszedłem zobaczyć do okna czy są ludzie i niestety byli i to w ilości takiej że możnaby zagrać mecz na sali gimnastycznej którą właśnie budowali i to nie na materace tylko po długości. 

Zeszliśmy na sam doł w klatce i ojciec powiedział, że mam zaczekać on idzie do piwnicy. Po chwili wyszedł z drutem. Zapytałem go po co mu ten drut a on do mnie
- a czym mam szukać tych okularów?
Byłem załamany. Reputacja poszła się walić. Nie dość że się skąpałem w szambie, widzieli mnie wszyscy koledzy, wchodzę z domu w damskich ciuchach i sandałach to mój ojciec niesie drut zagięty na samym końcu w hak i będzie nim szukał okularów w szambie !! Takie coś to nawet mi się nie śniło.

Wyszedłem z klatki, głowa wbita w ramiona, wzrok 3 cm przed nogami. Głupio było patrzeć bo widziałem chamskie sandały. 3 metry za mną ojciec z drutem i idziemy na poszukiwania okularów w szambie. Wszyscy koledzy na ławkach i słyszałem tylko jak się śmieją i wołają
- sasza gdzie idziesz?
- sasza fajna koszula ..... dobry wzór babciowy !!!
Udawałem, że nie słysze przecież nie będę się bił przy ojcu. Szybko zniknąłem za blokiem i lekko odetchnąłem. Zaprowadziłem ojca pod szambo i pokazałem mu, że tu się skąpałem. Ojciec 45 minut mieszał drutem w dołku ale nic nie wyciągnął. Praktycznie robiło się już ciemno jak zrezygnował i powiedział
- będzie trzeba kupić nowe. Dobrze że nic ci się nie stało i się nie utopiłeś. Masz nauczkę żeby nie łazić po budowach

Nic mi się nie stało? dobre sobie nic się nie stało. Tydzień czasu czułem na sobie zapach szamba a trzy tygodnie miałem ksywe szambonurek. Jedno co pociesza zapach szamba po tygodniu zniknął nowa ksywa po trzech a Kumfa dalej jest pigmejem !!!

Siemanko !

20 lut 2011

Żwirka !

ooooooooooo sajonara oooooooooooooo

Wydaje mi się, że lato to najlepszy okres w ciągu całego roku. Nie dość, że ciepło to jeszcze wolne w szkole. Teraz jak jest środek zimy to mi się trochę marzy wakacyjny czas. Się wstaje kiedy chce, się robi co chce i nawet dzień jest lepszy bo dłuższy. Z wakacji też praktycznie najlepsze wspomnienia. Nie że tylko w wakacje coś się dzieje ale dzieje się napewno dużo więcej niż w ciągu roku szkolnego. Proste i logiczne bo wszyscy są na osiedlu i każdy ma wolny czas. No może poza Ryżym, który musi 90% wakacji przesiedzieć u swojej babci i Ziemniakiem co ma młodszego brata i mama każe mu się z nim bawić jak idą z ojcem do pracy. Reszta ma luz.

Najlepsze są takie dni co jak się staje i podchodzi do okna to na niebie nie ma wcale chmur. Tylko błękit jak w piosence Wilków "san de blu skaj" albo tym filmie o nurkach co wchodzili bez zabezpieczeń po linie prawie na dno dołu marsjanskiego i mogli nie oddychać nawet 31 minut albo i dłużej. Synek mówił, że to nie możliwe bo jego ojciec wytrzymuje maksymalnie 2 minuty a jest jak to mówi Himenem ale to że Synka ojciec jest lewarem nie znaczy, że ktoś inny nie potrafi. Przykład? Synka ojciec nigdy nie wszedłby do sklepu z łomem żeby rozwalić szafkę i zabrać swoje rzeczy jak się szafka zatnie a ojciec Wargula Pan Rambo zrobił inwazję na Leklerka z łomem w ręce. I co - zatkało Kakało?

Ok time to go!! przechodze do opowiesci. To było lato ale nie wiem jaki miesiąc i jaki dzień. Tzn dzień napewno ciepły i ze słońcem w obiektywie. Pierwszy na osiedlu pojawił się Kumfik i od razu zaczął gwizdać żeby wszyscy wyszli do okna. No że byłem w kuchni a okna w kuchni mam od strony podwórka to szybko go obczaiłem jak jeździł swoim wigrusem i ćwiczył świece. Kiedyś powiedział, że będzie jak Henka Gustafson i od tamtej pory ćwiczył stawianie wigrusa na tyle koło, żeby po wygranym biegu na żużlu poderwać maszynę i taka popisówka na deser. Szybko skończyłęm płatki co je sobie zrobiłem na śniadanie i wybiegłem na pole. Byłem drugi z całej bandy. Kumfa cały czas ćwiczył świece ale jak mnie zobaczył to podjechał i zahamował mi konkretnym wirażem koło moich chinskich trampków co je sobie pomalowałem na gumie na zielony kolor flamasterm bo nam się zawsze myliły kogo czyja para. To ja miałem zielone, Kumfa czerwone, Popłoch całe czarne a Ziemniak nosił sandały bo matka mu zabroniła chodzić w lecie w trampach bo "stopa musi mieć wentylacje i powinna odpoczywać" i "niech twoi koledzy zostawiają buty przed drzwiami do mieszkania bo śmierdzi jak w fabryce dętek". No jasne lepiej, żeby mi noga podawała lekkim zapachem niż żeby mi się skarpetki zawijały z przodu przed sandałem jak gościom co w kościele śpiewają i grają na gitarach na mszy dla młodzieży co jest zawsze o 9:30 w każdą niedziele.

Po 10 minutach na polu była już cała ekipa. Ja, Popłoch, Parnik, Wargul, Kornik, Kumfa i Adnrut. Ryży jak zwykle u babci a Synek pojechał z ojcem na jakiś śmierdzący jacht nad Ożanne i że niby będzie robił patent sterownika. Tylko takie patenty to my już dawno robiliśmy jak np podrabiało usprawiedliwienie w szkole albo kradło wody w woreczku w sklepiku szkolnym. To było sterowanie a nie ożanna i to z tatusiem. Jak siedliśmy na ławce to Kumfa popatrzył w niebo i powiedział.
- Oglądałem pogode dziś rano i ma być konkret parówa cały dzień. Co wymyśliłem to Wam mówie. Jedziemy na żwirownie i będziemy się kąpać. Za 5 minut w tym miejscu się spotykamy. Każdy ma mieć rower i jedziemy. Czas licze od teraz.
I właczył swój zegarek co go dostał od chrzestnego na urodziny i liczył czas od przodu i od tyłu nawet. On ustawił na 5 minut i mu potem pikało jak doszło do zero. Moja mama ma coś takiego i używa do gotowania jajek ale to mojej mamy się nakręca i raczej ciężko do ręki przymocować choć raz sobie taśmą przykleiłem ale nie dało się wtedy nastawić czasu i nic z dobrego pomysłu nie wyszło.
Szybko się wszyscy zebraliśmy na dole z rowerami. Każdy wziął żużliwki żeby fajnie wyglądało że jedziemy drużyną cała w teren. Tylko Kornik wziął półkolażowke bo powiedział, że na tym rowerze jest szybki na prostych i Wargul miał Pelikana jego siostry bo w żużlowym miał flaka i ojciec mu jeszcze łatką nie skleił bo po pracy chodził na fuchy i nie miał czasu.

Wystartowaliśmy spod bloku i wszyscy na pełnej ruże darliśmy do pierwszych świateł. Na światłąch każdy wiraż poza Kornikiem bo miał słabe hample przy kolażowce i nawet nie dało się złożyć do wirażu tym czymś. Na starcie był wolny ale potem nas doganiał na prostych bo miał dobre przełożenie. Wargul miał najgorzej bo rower jego siory miał błotniki i był żólty jak co drugi pasek u osy. Na dojeździe na trzecich światłach koło osiedla na Cichej każdy zwolnił bo było czerwone a Wargul rozpędził maszynę dojechał do Kornika co był na samym początku i stanął na pedałą i zaczął krzyczeć.
- Sory Kornik ale rozpędziłem szerszenia i będę Cię musiał wyprze....
I wtedy chciał dodać gazu, na stojaka mu się rama rozłożyła w tym składaku siostry. Cały się wyglebował na pysk i na ręce i ogólnie łokcie i kolana. Wtedy to byłem mega szczęśliwy że jechałem z tyłu bo jakbym opuścił taką glebę to bym się załamał zdemolował wewnątrz ciała i duszy. Wszyscy się zatrzymaliśmy i ryliśmy z Wargula całe czerwone światło, potem zielone i jeszcze raz czerwone. Ogólnie to się długo śmialiśmy a Wargul się pozbierał i zaczął panikować:
- stary mnie przetnie, wziąłem rower siostry bez pozwolenia. Przetnie mnie jak zobaczy, że się rama złamała.
Okazało się, że jak się rozłożyła to przy uderzeniu tak źle spadła że się złamała. Coś tam pocieszaliśmy gościa, że damy do Rondla ojca i mu pospawa i będzie funkiel nówka nie śmigana. Potem się kupi spraja i się obryzga go na żółto i będzie nie do poznaki tak mu odpisujemy gablote. Na wysoki połysk jak to mówił mój ojciec jak miał łade samare i sobie wosk nałożył przed wielkanocnymi świętami albo zanim się na groby pojechało 1 listopada. Wargul się uspokoił. Daliśmy dwie połówki jego roweru w krzaki i pojechaliśmy na żwirkę. Ja wziąłem Wargula na kiere bo miałem założoną taką gąbke jak od bmx to było mu miękko. Troche mi się źle jechało bo ja się składam w zakręt w lewo o on się jak idiota wyginał w lewo bo się chyba bał że zglebujemy.

Dojechaliśmy nad wodę i szybka rozbieranka ciuchów i do wody. Nikt nic nie brał do kąpania bo nikt nie mówil rodzicom gdzie się jedzie bo by nas nie puścili. Tam się ponoć 8 osób utopiło i są wiry wodne co wciągają ludzi. Zabójcze miejsce jednym zdaniem mówiąć. Trochę poskakaliśmy z drzewa, trochę ze skarpy. Andrut nie umiał skakać na główkę i cały czas dawał na bombę. Zaczęliśmy go wyśmiewać, że nie umie to się trochę zaczął wkurzać i powiedzał, że jak by chciał to skoczyłby na luzaku. No to zaczęliśmy go namawiać i wołać dajesz Andrut dajesz. I w końcu powiedział, że skoczy. Nie wiedział jak i zapytał się Popłocha jak najlepiej. Popłoch wiadomo co powiedział:
- musisz się dobrze rozpędzić a potem przy samym końcu pomostu mocne wybicie i trochę się złożyć i wbić się w wodę jak ciepły nóż w kostkę masła. Andrut powtórzył dwa razy dobrą radę i poszedł na koniec pomostu. Rozpędził się wybił do góry i przypieprzył centralnie na płasko w wodę. Jak to widziałem z brzegu to wydawało mi się że wybuchną mu flaki. Taki największy plaskacz jakiego w życiu całym swoim niedługim widziałem. Plaskacz totalny. Zaczęliśmy z gościa ryć a on wylazł na brzeg z całym czerwonym brzuchem i udami i zaczął wołać.
- Jezu chłopaki ale zajebiście się czuje, nigdy nie czułem się tak dobrze. Mój pierwszy skok na banie. Wyszedł mi w skali do 10 na mocne 9!! Ide skoczyć jeszcze raz póki pamiętam system skoku.
Rozpędził się i znów zawalił taką samą dechę jak za pierwszym razem. Wypłynął ucieszony od ucha do ucha i znów się rozpędził i sprzedał dechę. Tak chyba jeszcze ze cztery razy aż przestał bo stwierdził, że brzuch go boli. Mało ważne bo szybko wymyśliliśmy nową zabawę. Zaczęliśmy skakać ze skarpy rowerem do wody. Najleszy był do tego mój wigrus. Skoczyłem pierwszy i było nieźle nawet. Potem Kumfa i Popłoch. Na końcu ustawił się Wargul. My wszyscy skakaliśmy w trampkach a Wargul miał Fishery z pompowanym językiem i powiedział, że nie będzie skakał w butach bo nie chce sobie szamba w środku zrobić i mu nie wyschną do powrotu do domu. Spoko nam to obojętne przecież w czym gość skacze. Gość ściągnał meszty wziął rower rozpędził się i kitaaaaaaa do wody. Jakoś dziwnie leciał bo tak jakby cały czas stał na pedałach. Nie puścił roweru i uderzył o wodę i szybko zniknął pod tą samą wodą co w nią uderzył. Wypłynał po 2 sekundach i zaczął się drzeć.
- nogaaaaaaaa, nogaaaaaaaaaaaa coś mam z nogaaaaaaaaaa
Szybko wskoczyliśmy po gościa i wydarliśmy go na brzeg. Okazało się że idiota lądował z nogami na pedałach. Ja miałem metalowe z zabkami żeby mi dobrze meszty kleiły na żużlu nawet po deszczu bez poślizgu. No i mu się noga rozcięła do mięsa. Musisliśmy się szybko ewakuować żeby się nie wdało zakażenie - tak powiedział Andrut co jego mama pracowała w przychodni kolejowej i znała temat od A do Z. Szybko owinęliśmy nogę popłocha moją koszulą rozpinaną bo miałem jeszcze tshirta zwykłego. Szybko wziąłem Wargula na kierownicę i zaczęliśmy jechać na osiedle.

Jak dojechaliśmy do tych świateł co Wargul przedtem złamał ramę to się zatrzymaliśmy, żeby zabrać dwa kawałki ramy roweru jego siostry. Jedną część zabrał Kornik na ramię a drugą część Popłoch. Minęła minuta i znów byliśmy w drodze na ośkę. Jak byliśmy na ostatnich już światłach przed osiedlem a raczej już za nimi to Kornik się podniecił zaczął przyspieszać na tej swojej kulmadze z kierownicą barankiem i krzyknął.
- kto ostatni na osiedlu ten chuj!
Jak to krzyczał to nas wyprzedał i się głupio gapił i uśmiechał jak szelma. Mijał własnie Andruta jak zachaczył tą połówką ramy roweru Wargula siostry co ją miał na ramieniu o latarnie którą mijał. Zdarło go z roweru i wylądował na dupo-plecach a jego rower wbił się w bordowego kaszlaka co stał przy chodniku od strony ulicy. My wszyscy też prawie mieliśmy wypadki bo zaczęliśmy się śmiać a na brechcie ciężko się trzyma kiere bo telepie bebechem i drgania przenosi na ręce a z rąk na kiere a wiadomo, że w rowerze kiera jest sterem. Wargul musiał zeskoczyć z roweru bo byśmy wjechali w barierki od ogródka tak nas zniosło. Jak zeskoczył to musiał ostro następnić na nogę co ją miał rozwaloną. Zaczął się drzeć i zwijać z bólu tak go bolało bo seryjnie mial aż do mięsa noge pojechaną. Andrut wjechał w tylne koło Popłocha i też była delikatna kraksa z ich rowerów i ciał. I w sumie to na glebie lezały cztery osoby dwie się darły z bólu a dwie na siebie czyli z bólu Kornik i Wargul bo mieli obrażenia a ze złości Popłoch i Andrut bo mieli obrażenie się na siebie za szczepienie maszyn i wywrotkę. Najszybciej wstał kornik jak Kumfa krzyknął:
- Kornik kruca himel dziadek od malucha co go walnąłeś kolażówką idzie.
Kornik moment się pozbierał pobiegł po rower i zaczął uciekać na osiedle. Zostawił połówkę ramy Wargula siostry roweru i wszystkich i po prostu naginał. My się pozbieraliśmy i dotarliśmy na osiedle jakieś 2 minuty po Korniku bo jak mówiłem było już blisko ale Kornik był szybki na prostych a jak się bał i uciekał to był bardzo szybki.

Potem Wargula matka zabrała go na pogotowie żeby naprawili mu nogę. W sumie to się cieszył że mu się to stało bo jak powiedział:
- dobrze że się mi noga popsuła bo tak to matką mnie żałowała i obroniła mnie przed ojcem. Jakby nie to to by mnie przetrącił za rame z roweru mojej siostry. Plusowo panowie plusowo.

Kurde to był dobry dzień. Taki jakich wiele w wakacyjne dni. I jak tu nie lubić słonecznej pogody. Jakby powiedział Wargul. Bilans tego dnia był plusowy panowie plusowy.

Siema nara hej !!!

28 lis 2010

Domek !

Kiedyś to pojechaliśmy na ognisko do Synka do domku co jego rodzice maja taki wypoczynkowy. Nie ma szałowni taki zwykły domek co sobie emeryci robią na działkach czy coś takiego. No w sensie, że jest woda i prąd a gaz to taki z butli co wygląda jak do nurkowania idzie do takiej małej kuchenki co ma tylko dwa palniki. Jak sie gotuje w dużym garnku to sie jedzie na dwa żeby szybciej się zabulgotało.

Taki pierwszy wakacyjny wyjazd to był. Stary Wargula zabrał nas samochodem w sensie że Zgiłego, Wargula Parnika i Poplocha. Drugie auto przyjechało ojca Synka i tam był Synek, Kornik, Skobel i Andrut. Najlepsza pikieta dojechała na deserek autobusem. Niby było losowanie kto ma jechac autobusem a kto samochodami ale w sumie to sie ciesze ze nie musialem jechac z ojcem Syry. Gość nie potrafi zbytnio jeździć a myśli że troche ogarnia kierowanie czterema kółkami. Gość nawet po mieście jeździ sobie z nawigacją i cały czas sie gapi w ten ekranik. Troche się wkurza jak sie otwiera okna z tylu bo mu szumi a z przodu nie wolno bo go przewieje. Załozył sobie takie kulki na siedzenie z drewienka i mówi ze go to odpręża. Jak zaczyna jazde to wychodzi z auta i sprawdza czy ma wszystkie swiatła dobre i wciska kciukiem opony bo niby potrafi tak obczaic czy ma dobre cisnienie w laczkach. Ogolnie jest ciezki bo smiac sie nie wolno bo słucha radia, gadac nie wolno głośno bo też słucha radia. Trzeba wycierac buty przed wejściem bo dał sobie nowe chodniczki takie materiałowe. Nie kręcić ogrzewaniem bo gorąco/zimno/szyby parują. Nie da rady z gościem.

Wypadło na to że tym autobusem pojechałem ja, Kumfik, Syra, Zgniły i Rondel. Rondla nie chciała mama puścić bo wyczuła od niego papierosy dwa dni wcześniej i dała mu bana na wyjścia z domu jakieś. W końcu udało mu się ubłagać bo powiedział, że będą rodzice Synka na grilowaniu ze znajomymi obok. Wiadomo, kłamał jak z nut ale chciał jechac to klamstwo w dobrej mierze sie nie liczy. W autobusie od razu bardacha. Kumfa przejechał dopiero 10 km i już chciało mu sie sikać. Kierowca parowozu nie staje bo to przyspieszony kurs to ma 2 przystanki na calej trasie. Kazaliśmy mu wytrzymać a on że nie da rady i wyciagnął butelke z lipton tee. Powiedzial ze on bedzie sikał do butelki ale najpierw musi sobie wypic bo ma pelna. Powiedzialem mu zeby dal to my wypijemy bo jak wypije to mu sie zaraz znow bedzie chcialo siurac. Gość powiedział, że ma pragnienie i go suszy i nie da pić nikomu innemu. Olewka nikomu sie pic nie chcialo tylko chcielismy mu pomoc. Nie to nie przecież nie bedziemy rzucać różami przed prosiaka. Odkręcił wypił do dna i zaczał siurać do butelki i wygodnie mu było bo ta butla ma wieksze wejście niż np po tymbarku czy cos. Normalnie troche siara wyszła bo kierowca przychamował i mu mały wypadl ze środka i troche mu poszlo na spodnie ale jego broszka. Rondel szybko się przesiadł na inne miejsce i Kumfa został sam na siedzeniu. Gość jeszcze powiedział "zajebiscie teraz się moge wygodnie wyciągnąć" i miał wszystko gdzieś. Mineło pewnie pół godziny a gość zaczyna się już z nami kolegować od nowa i zagadywać.

- Ej macie jakąś pustą butelkę?
- Nie mamy bo zakupy pojechały z chłopakami samochodami
- Kurde znów mi się chce lać
- To sobie wypij sam tą nową herbatke co sobie dolałes i się wylej do butelki.
- Ale śmieszne, weź poratuj.
- No co mam ci zrobić nadstawić ręce czy chcesz mi nasikać do termosu z herbatą?
- Mogę do termosu!
- Turlaj się młocie!!!

Gość się pokręcił trochę i nagle patrzymy a gość wstaje otwiera to boczne okienko wyciąga butelke ze szczochami odkręca i wylewa siury przez okno. Ja pierdziele ale złoooooooo. Gość na luzie wylał co miał wylać usiadł sobie znów na fotelu i wylał się po raz drugi do tej samej butelki. Takie rzeczy to tylko ten gość robi bo każdy inny normalny to by się ze wstydu spalił. A on wylał się i na cały głos w autobusie NOOOOOOO TO TO JA ROZUMIEM. OD RAZU LEPIEJ. I dodał to swoje głupie hasło MAAAAAACZZZZZZZZ BETAAAAAAAAAAAA.

Jakoś dojechaliśmy do domku i kierowca nawet się nie skapcił o co chodziło z tą butelką i w ogóle. Wysiedliśmy i mieliśmy przejść jakieś 500 metrów z klapka do domku. W sumie to rzut beretem więc 5 minut i powinniśmy być na miejscu. Bylibyśmy jakby Zgniły poprowadził nas w dobrą stronę. On się upierał, że za przystankiem mamy wejść w lasek a my mówiliśmy że prosto a dopiero koło sklepu w lasek. Gość twierdził, że był tu jak jechali sprzątać domek to wie lepiej od nas. Ok niech tak będzie jak mówi. Poszliśmy za nim. Idziemy przez ten lasek i już coś smierdzi bo mineło 5 minut a my dalej w środku między drzewami. I co ? Błotoooooooooooooooo. Na środku płynie sobie taka mała rzeczka i trzeba ją przeskoczyć. Pierwszy skoczyłem ja i na luzie bo miałem dobrego dzampa doleciałem na drugi brzeg. Potem Kumfa on to jak małpa więc zero problemu. Każdy przeskoczyl i na koniec został Zgniły. On taka trochę lejba. Najpierw mu plecak przeszkadzał więc nam go przeżucił. Potem nie wiedział czy z rozpędem czy nie. To mu wyjaśniliśmy:

- stary z rozpędem masz lepszy zasięg
- ale nie wiem kiedy mam się wybić
- to my Ci powiemy i na bank przeskoczysz.
- ale skąd będziesz wiedział, że mam się odbić jak jesteś po drugiej stronie?
- to przeskoczę na twoją i Ci powiem goooooooołł
- ok to chodź.

to szybko Kumfa przeskoczył i kazał się rozpędzić zgniłemu na 12 byczych kroków albo 30 tiptopów. Ogólnie to tak żeby było 1/8 jarda mu powiedział. To Zgniły odliczył 12 byczych i zaczął się rozpędzać. I kumfa krzyknął OGIENNNNNNNN. Zgniły się odbił i niedolot wpadł w sam środek bajora. Kumfa zaczął się mega śmiać aż się tarzał po ziemi. My też zaczęliśmy mega drzeć z gościa łacha ale bez tarzanki. Wiadomo małpa to małpa więć sie tarza a my szacunek do matki ziemi to nie niszczymy ściółki. Kumfa specjalnie mu powiedział za wcześnie żeby się skąpał bo go już denerwowało że stał i marudził przez 5 minut że nie doskoczy. Zgniły stoi w tym błocie i ma łzy w oczach. To mu mówimy żeby wyłaził i się przebierze w domku u Synka. To zaczął wychodzić ale okazało się że mu jeden z butów został w błocie. Haha to już było mega śmieszne. Wlazł w to błoto szukać tego pierwszego buta i wyszedł już bez dwóch:)) Wtedy Rondel ruszył na ratunek. Powiedział:
- Zgniły ja Ci pomogę spoko majonez

Wlazł w to błoto i zrobił tylko 2 kroki i zaczął się drzeć że jemu też buta wciągnęło. To już była mega porażka. Zaczał rękami szukać w błocie tego pierwszego buta. W końcu w błocie po pachy wyszedł z jednym butem i tyle. Nie znalazł buta zgniłego tylko sie opierdzielił cały i zgubił swojego. Przegieli pałke obaj. To trzeba być debilem żeby w butach wchodzić do błota szukać butów które koledze wciągnęło błoto. Gość się tłumaczył mówiąć że myślał, że mu nie ściągnie bo ma dobre sznurowanie i docisnął kokardkę na maksa. Jednak źle myślał. Musieliśmy wracać całą drogę bo poszliśmy w złą stronę. Słuchać lamentowania Zgniłego że mu buty zginęły i płaczu Rondla że go matka zabije bo co powie że gdzie zgubił buty. Przecież przy rodzicach Synka nikt nie chodziłby po błocie. Co chwile tez piszczeli, że coś im się w nogi wbija to ja dałęm im swoje klapki żeby mogli iść normalnie ale miałęm tylko dwa to się zmieniali co chwile ale i tak jeden szedł z jedną nogą bosą przez jakiś tam czas. Doszliśmy w końcu do domku to jak reszta zobaczyła tych dwóch to od razu zaczęli ich wyśmiewać, że debile co raczej było gorsze niż lepsze bo tylko się pokłócili prawie wszyscy. Po godzinie focha już przeszło każdemu. Zgniły i Rondel wzieli pożyczyli buty od chłopaków. Troche za duże albo za małe ale brali to co było i nie marudzili już do samego wieczora.

Wieczorem zrobiliśmy ognisko i siedzieliśmy i gadaliśmy jakieś tak rzeczy. I nagle Kumfa po dwóch piwach wstał i zaczał szydzić po chamsku z Rondla że jest debilem i jak wszedł do błota to mu buty spadły. Potem zaczął się nabijać ze Zgniłego a Zgniły jest nerwowy i wstał i popchnął Kumfę. Ten szybko wstał i opluł Zgniłego. Ten zaczął go gonić. Kumfa jest szybki nawet jak małpa to odskoczył przebiegł za ogrodzenie domku i biegł. Tam było ciemno bo nie było żadnych oświetleń czy coś. I tylko było słychać jak Kumfa się drze. Zgniły frajerze nigdy mnie nie dogonisz, bo jesteś za wolny i masz za małe buty. Tak to ja moge biegać caaaaaaaaałaaaaaaaaaa noc. I jak powiedział noc to nagle tylko taki głuchy odgłos było słychać i cisza. Okazało się że Kumfa wpadł do betonowego odpływu co był zrobiony koło siatki. Szybko Zgniły nas zawołał, że Kumfa wpadł w beton i nie żyje. Nie mieliśmy latarki a tam było ciemno to zrobiłem pochodnie z ogniska i jakiejś szmaty żeby było troche światła. Pobiegliśmy szybko do niego i okazało się że leżał w tym odpływie i jęczał. To nie było głebokie bo miało pewnie metr ale dobrze że nie uderzył głową bo mógł sie zabić. On tam leżał mokry w wodzie i wołał, że sobie złamał kręgosłup i ma paraliża całego dołu. Mówił, że nie czuje nóg i w ogóle że chyba umiera teraz. Spanikowaliśmy na maksa. Ja stałem z tą pochodnią i oświetlałem teren. Popłoch i Rondel pobiegli szybko do ośrodka co był obok i przyszedł z nimi dziadek taki co tam miał funkcje ochronną. On szedł z wielką latara to ja rzuciłem pochodnie bo już nie była potrzebna. Poruszał coś koło Kumfy bo mówił że miał jakieś szkolenia z pierwszego ratunku czy coś i się zna. Okazało się że zwichnął nadgarstek przerysował sobie facjate i podał bluze na łokciu. Nic wielkiego się nie stało w sumie ale wyglądało mega poważnie. Potem go wyciągneliśmy na góre i zanieśliśmy do domku. Wyszliśmy gasić już ognisko patrzymy a tam dwa ognie. Jeden ten co rozpaliliśmy koło domku a drugi za siatką. Ale skąd tam za siatką ogień się znalazł? To ta pochodnia co ją wywaliłem wpadła na smietnisko co ludzie z domków śmieci wywalali i się wszystko zapaliło. Tamto ognicho to już był megaaaaaaa konkret. Chcieliśmy gasić ale ten sam od ochrony dziadek już leciał do nas i wołał
- gówniarze chcecie spalić cały ośrodek, z dymem puścić, wandale.
- to nie my to nie my !!!
- dzwonie na policję i straż będziecie płacić za przyjazd. Nogi z dupy powyrywam szczeniaki.

Tak się darł i darł a my szybko po wiaderka dwa i jedna miednice co była w domku i pod ten odpływ co w nim Kumfa leżał nabieraliśmy wody i gasiliśmy śmietnik. Po 10 minutach się nam udało zgasić i dziadek widzał że gasimy i nie dzwonił po Policję ani po Straż tylko stał koło nas i się darł że to ma być zgaszone w ciągu 2 minut. No to 2 x 5 = 10 i się udało. Jak zgasiliśmy to tylko myślał każdy żeby już być w domu na osiedlu. I tyle w sumie wyjazd moim zdaniem udany bo była przygoda a nawet trzy.

Sajonara!

22 paź 2010

Szybcy i wściekli !

Sajonara !

Kurde balans, każdy chce mieć już prawo jazdy i jeździć legalnie samochodem. Mi to w sumie się nie spieszy i nawet powiem, że wole sobie trenować bez papierów na auto. Dwa dni temu z Wargulem postanowiliśmy troche pośmigać autem jego ojca. Stary pojechał w delegacje jakaś na tydzien i zostawił samochód a mama jego pocisnęła do babci i dziadka jakies tam sprawy papierowe zrobić, żeby potem 3 hetary były na nią w razie co. Jego dziadek robił kiedyś rolnictwo i potem można było kupować jakąś ziemie co się na niej robiło za jakąś mała kabonkę. To dziadek kupił a teraz można sobie przepisać czy darować. Się na tym nie znam. Wargul pytał rodziców to mu powiedzieli ale nie umiał nam powtórzyć ani trochę. Wiemy tylko, że będą mieli 3 hektary i Warga mówi, że będzie tam robił tor rowerowy do skakania i za pare lat to RED BULSA tam zorganizuje. Dla nas super bo do Nosówki jest blisko jakies 8 km to byśmy poszli i może wpisaliby nas na liste VIP = Very Interesant People. Ale to co będzie to będzie narazie Wargula ojca nie ma jeszcze 3 dni a mama wraca codzennie w nocy a czasem nawet nie.

To była okazja żeby poćwiczyć trochę jazdę samochodową. Duży fiat nie jest jakis wypasiony bo Synusia ojciec ma Mazde zum zum a stary Zgniłego ma Renówke w kombi. Wargulowy Fiat w kolorze meksykańskiej czerwieni był dla nas w sam raz do takiego jeżdżenia po osiedlu. Umówiliśmy się na 18 jak już się trochę ściemni i będzie mniejszy ruch wszędzie bo nie umiemy jeszcze dobrze jeździć. Wargul był punktualnie i musiał na mnie czekać 10 minut bo musiałem czekać na ojca żeby mu pomóc wynieść z auta ziemniaki do piwnicy. Kupił dwa worki bo taniej gdzieś niż w sklepie. To wniosłem i rura na parking. Pierwszy miał jeździć Wargul bo to jego auto to wiadomo że się ma różne z tego powodu bonusy i dodatki. To chyba raczej proste nie?

Jak właziliśmy do auta to zobaczył nas Popłoch z Kumfikiem. Wiadomo co było dalej. Nie dało się ich spławić. Powiedzieli, że jadą z nami a jak nie to ojciec Wargula a przy okazji mój dowiedzą się że jeździmy samochodem po osiedlu. Kurde ale mnie wkurzyli, jak jest więcej ludzi to od razu mniej jeżdzenia. No ale co zrobić? przecież jakby się mój ojciec dowiedział to by mnie zabił a Wargula ojciec oberwał by go ze skóry bo to jego auto. Jego stary jest ok ale jak sie wkurzy to świr. Ochroniarza w sklepie oklepał to Wargula by rozpitolił na strzępy. Trudno trzeba było przełknąć tą gorzką pigułkę i jeździć. Ja siedziałem z przodu a dwa rzepy na tylnej kanapie. Wargul odpalał auto i od razu mu zrobiła się żabka taka konkretna i auto zgasło. Robił takie coś, że nie wciskał sprzęgła i odpalał auto co było na biegu. Powiedziałem mu o co chodzi to odpalił w końcu normalnie auto. Powoli wyjechaliśmy z miejsca na parkingu. Dobrze, że sobie przypomniałem, że trzeba zarezerować to miejsce na powrót. Jakby auto stało gdzie indziej to byłoby ciepło. Szybko przyciągneliśmy palete spod sklepu na miejsce samochodu i pojechaliśmy w teren. Wargul nawet nieźle jechał tylko, że jak zmieniał z jedynki na dwójke to go szarpało na maksa. Ogólnie to tylko jedynkę i dwójkę włączał i było powoli ale frajdy dużo. Jak dojechaliśmy na taki duży parking co tam mało aut stoi to już się Kumfa pchał do jeżdzenia. To Wargul mu dał trochę. On nigdy nie jechał i lepiej było mu nie dawać. Jak skręcał to potem już trzymał kierownicę skręconą i co chwile ładował w krawężniki. Jakoś tak od początku auto dziwnie chodziło ale myśleliśmy, że tak ma być. W końcu się Wargul wkurzył i kazał Kumfie wyłazić bo auto popsuje. Jak wsiadł Popłoch to już całkiem innaczej. On z ojcem jeździł na parkingu kilka razy to wiedział jak jeździć. Zaczął się popisywać i ostro jechać w zakręty. Mowił cały czas jak zakręcał "teraz kurwa ostro w niego wejde trzymajcie się". Tak ostro wchodził, że krawężnik przywitał dwoma przednimi kołami i cos trochę chyba zaczęło już całkiem dziwnie jeździć. Szybko wysiedliśmy z auta żeby obczaić o co chodzi. Okazało się, że przednie koło trzyma się tylko na jednej śrubie bo tamte chyba gdzieś odpadły. Nie wiedzieliśmy co robić zbytnio. Śrub nie mogliśmy znaleźć i była lekka panika.

To wymyśliłem ja dobry pomysł. Powiedziałem, że na parkingu stoi też duży fiacior i można troche pożyczyć śrub do kół od niego. Brakowało nam trzech. Poszliśmy z kluczem co był w Wargula aucie w bagażniku i dwóch stało na czujce a ja z Wargulem odkręcaliśmy po jednej śrubie z każdego koła. Odkręciliśmy trzy i chciałem ostatnią na zapas bo w sumie jak w każdym ma 3 to bez sensu zostawiać w jednym cztery i nagle z balkonu stary Kocur zaczął się drzeć "ZŁODZIEJE, KRADNĄ MI SAMOCHÓD, LUDZIEEEE ZŁODZIEJE". To nagięliśmy ile dała fabryka z tamtego parkingu pod Meksykańską czerwień. Skąd mogliśmy wiedzieć, że ten fiacior to był starego Kocura? Jakbyśmy wiedzieli to napewno byśmy nie odkręcili mu kół czy coś takiego. Szybko zrobiliśmy auto starego Wargula i już mieliśmy dość na ten dzień. Szybko wsiedliśmy do auta i jechaliśmy odstawić auto. Jak byliśmy niedaleko to zaczęło się coś dymić i taki mega smród że hej. To jeszcze bardziej panika bo jak rozwaliliśmy auto to mamy wszyscy przewalone. Jak się zatrzymaliśmy już koło bloku to Popłoch powiedział, że musi iść do domu bo jutro ma sprawdzian z histy a nic nie umie. Kumfik od razu podłapał i też nagle musiał iść przepisywać zeszyt z polskiego bo mu baba kazała uzupełnić wszystkie lekcje bo nie pisał od jakiegoś czasu i twierdził, że nie musi bo ma pamięć fotograficzną i zapamiętuje wszystko to co jest na tablicy. Jak baba powiedziała, że ciekawa jest co na temat jego super pamięci powie jego ojciec to szybko ją stracił i już chciał przepisywać wszystko. Wkurzyliśmy się z Wargulem bo zostaliśmy sami z dymiącym autem. Na szczęście ze śmieciami wychodził mój sąsiad taki kolega mojego brata. Przechodził koło nas to zagadaliśmy że coś się dzieje z autem i nie wiemy o co chodzi. Powiedział, że może sprawdzić. Wsiadł do auta i powiedzieliśmy, żeby już pojechał na parking odstawimy auto. On dał na jedynke i ruszył i powiedział, że auto zamula na maksa i że to dlatego, że jest zaciągnięty ręczny hamulec a śmierdzi bo się to z klocków czy czegoś tam stopiło bo gorąco było i teraz śmierdzi i dymy z tej gumy lecą. Powiedział też, że trochę przysmażyło ten hamulec ale jak ostygnie to powinno być ok. Faktycznie jak ściagnął ten ręczny to auto szło jak po masełku dobrego buta miał wtedy meksyk.

Dojechaliśmy na parking i co? Zaraz za nami zajechała Policja. Wysiadł kops idzie w naszą stronę. Wargul włączył tryb paniki i skakał na siedzeniu i gadał "idzie do nas on idzie do nas. Na ser mater ale przejebane ale przejebane". Powiedziałem mu żeby się uspokoił bo swoim zachowaniem nas sprzeda. Ma być spokojny bo innaczej to ja to widze w barwach mało pastelowych raczej węgiel do rysowania. No i podszedł do nas i powiedział prosze prawojazdy, ubezpieczenie samochodu i dowód do rejestracji. O fakin hel nie mieliśmy papierów do auta bo Wargul nie zabrał z domu. Ale mieliśmy mega fart że Sebastian jechał wtedy samochodem a nie my bo on miał prawo jazdy już. Mówił nam że zdał za pierwszym razem ale mój ojciec mówi że jak ktoś opowiada że zdał za pierwszym to albo kłamie albo dał w łape. Ja tam nie wiem bo jeszcze nie robiłem ale jak będe po egzaminie to Wam dam cynk za którym mi siadło prawko. No ale dokumentów dalej nie było. Wargul powiedział, że my tylko byliśmy przepalić auto bo tatuś prosił żeby przepalić co 2 dni bo ma słaby akumulator a pojechał w delegację i że zapomniał zabrać z domu dokumenty i już biegnie je przynieść. Gliniarz się zgodził i Wargul poszedł z meszta na pełnym spidzie. Drugi raz go widze jak ma takie przyśpieszenie. Raz jak kradliśmy czereśnie na działkach i dziadek wypadł z altanki i teraz to był drugi raz. O czereśniach jeszcze napisze ale teraz goł bak do auta. Jak Wargi nie było to gliniarz mówił, że dostali kilka wezwań od ludzi z osiedla, że jakieś osoby jeżdza bordowym dużym fiatem po osiedlu jak idioci i drugie, że ktoś chciał ukraść samochód na parkingu. No to wiadomo że my od razu powiedzieliśmy, że nic nie wiemy i że nasze auto nie jest bordowe tylko to meksykańska czerwień i że tylko byliśmy przepalic samochód i prosiliśmy Sebastiana bo nie mamy prawo jazdy i że to chyba chodzi o inny parking ten większy ale nas tam nie było. Gliniarze powiedzieli, że sobie to sprawdzą a nas zatrzymali bo auto też mamy czerwone ale widzą, że to raczej nie my bo jechaliśmy bardzo powoli od kiedy za nami jadą. Wargul szybko doleciał z papierami. Goście sprawdzili i powiedzieli, że to wszystko jakaś rutynowa kontrola i tyle. Udało się nam na maksa. Szybko odwaliliśmy tą paletę jak tylko odjechali i zaparkował Seba samochód. Potem szybko zwinęliśmy się z parkingu i do domu. Sebie dziekowaliśmy, że nas nie sprzedał a on powiedział, że spoko i że robił tak samo jak nie miał prawka. Tylko że oni jeździli zastawą jego ojca i taka różnica. Powiedział też że jakby złąpał skurwieli co chcieli ukraść auto z parkingu to urwałby im nogi z dupy. My też byśmy tak zrobili - powiedzieliśmy do Seby.

I tyle poszliśmy do domu i tyle całej historii z jeżdzeniem samochodem. Teraz musimy zrobić sobie dłuższą przerwę z jeżdzeniem bo trochę się orobiłem w majty jak zajechała za nami kabaryna z glinami. Ogólnie to zawsze fak de system ale czasem lepiej nie.

Siemanarahej !!!

17 paź 2010

Rambo !!!

Wargula ojciec ma ksywe Rambo bo troche wyglada jak John. Nie że jest taki przybyczony tylko ze z twarzy tak bardziej. Wydaje nam sie ze ma porazone nerwy jakies i tak troche mu sie mimika jak u Slaja Staloneja ułozyla i dlatego Rambo. Ogólnie to poza wyrazem twarzy nic ich nie łączy. Stalonej jest gwiazdorem w Hollywood a Zbyszek składa odkurzacze w ZELMERZE. Slaj ma mega wypasione auta a Zbychu jezdzi duzym fiatem w kolorze meksykańskiej czerwieni. Stalonej ma dorypaną wille z basenem a Zbynio M2 na czwartym piętrze i nawet nie maja oddzielnie lazienki i kibla. Nikt nie może mieć tak samo w życiu. Może prawdziwy Rambo ma wiecej kasy i takie tam inne sprzęty ale nasz lokalny Rambozo jak robi akcje to bez kaskaderow i na spontanie a nie ze reżyser i inne scenariusze. Tutaj wszystko pisze życie a jak wiadomo ono czasem zaskakuje i to bardzo !!!

To Wam opowiem jak raz Rambo poszedl po pracy zrobic zakupy do Le Clerca bo akurat z Zelmeru to po drodze jest. Wbil sie do środka a że mial taka saszete na kanapki i wode z sokiem co zawsze bierze do pracy. To sobie wzial i zostawil w tych takich szafeczkach co sie kluczyk bierze. Poszedl na zakupy i jak juz skonczyl to chcial otworzyc sejfik zabrac rzeczy i spokojnie udac sie do domu na tak zwany relaks po pracy. Podbija pod sejf wyciaga kluczyk, przekręca a tutaj nic nie dziala. Fakin hell przerazenie w oczach i pytanie o co kurde chodzi. Poszedl do ochrony i mowi gosciowi
- panie szafki nie moge otworzyc
na co beszczelnie usmiechajacy sie gowniarzo-ochroniarz powiedzial
- bo moze pan nie umie! ja panu otworze.
taki kurwa madralinski pan ochraniacz a nawet szafki nie umial otworzyc. i po 4 próbach powiedzial do Zbycha
- panie to nie ta szafka cos pan pomylil, szukaj sobie pan szafki w ktorej pan zostawil rzeczy bo do tej kluczyk nie pasuje.
- czlowieku mialem numerek 32 to otwieram 32 co mi pan tu mowisz ze pomylilem.
- jak mowie ze nie te szafka to nie ta szafka. Prosze odejsc.

Zbyszek był pewny ze zostawil wlasnie w tej szafce i nadal kombinowal z kluczykiem przy tej skrytce co nie spodobalo sie ochroniarzowi i kazal mu wyjsc ze sklepu bo innaczej wezwie policje i powie ze włamuje sie do szafki i chce cos ukraść. Oooooooooooo przesadził gowniarz, tak sie do Rambo nie mowi a jak sie zwraca uwage to kultury, kultury troche by sie przydalo. Zbynio wyszedl ze sklepu ale nie minelo 25 minut jak pojawil sie w nim po raz kolejny. Tym razem nie mial juz zamiaru probować otwierac szafki kluczykiem ktory nie pasowal. Musial odzyskac swoje rzeczy bo mial tam czesc dokumentow i pudelko na kanapki. Podszedl do szafek wyciagnal z rekawa to co przyniosl sobie z domu i zabral sie do roboty. Tym co ze soba przytaszczyl okazal sie łom. Po prostu wsadzil go w szczeline i rozpierdzielil cala szafke. Wyciagnal sobie z niej swoje rzeczy i zabral sie do wyjscia ze sklepu. Zauwazyla to niestety ochrona i osaczyli go przy wyjsciu. Złapali go i wzieli do swojego kantorka. Jeden z nich wlasnie ten co przedtem niby pomagal otwierac szafke byl najgorszy. Cwaniak taki ze szkoda gadac. Darł sie i cwaniakowal. Chyba mu sie zapomnialo ze przyjeli go do pracy tylko dlatego ze mial 3 grupe inwalidzka wiec raczej nie byl mistrzem bijatyki ulicznej ale ten caly stroj komandosa i to radyjko przy pasku chyba troche dodawalo mu magicznej mocy. Sila uderzeniowa tego leszcza wynosila 100, ale tylko w jego wyobrazni !!! Zamkneli Zbyszka i zadzwonili po Policje. Przyjechali nawet szybko i zaczelo sie jakies tam gadanie. Na nic mówienie ze to jego szafka, ze kluczyk, ze nie pomogli i ze musial miec swoja saszete. Zabrali go na komisariat. Zebrali jakies tam oświadczenia i dali mu 100 mandatu za zniszczenie jakiejs tam własności. Kierowniczka sklepu nie wniosla jakiegos tam oskarżenia bo faktycznie Rambo wyciagnal z tego schowka swoje rzeczy a zamek sie zacial i dlatego nie dalo sie otworzyc. No to Policja tylko jakis tam dziwny mandat mu dala i go puścili. Kurde jak w Rambo 1 JOHN wypowiedzial wojne szeryfom w miasteczku tak Rambo Zbyszek wypowiedzial wojne ochroniarzom z Lclerka. Pierwsze kroki skierowal wlasnie do leclerka. Ten ochroniarz stal własnie przy wejsciu i jak zobaczył Zbynia to szedl w jego strone i wołał, żeby lepiej nie wchodzil bo on zakupów już tutaj robil nie będzie. Na to Zbychu powiedzial
- zakupów nie mam zamiaru tutaj robic i moja noga więcej tu nie postanie ale Ty za swoje zachowanie musisz odpowiedziec
- haha i co mu zrobisz dziad.....

i nie skończyl mówic bo mu gardło zatkała pięść Zbycha. Jak mu przyfasolil to gosc sobie usiadł. Zbyszek otrzepał ręce i na dowidzenia powiedzial do tego ochroniarzyny
- to cie powinno nauczyc kultury obszczymurze w mundurze !!!

Tak jak Rambo powiedzial, tak zrobil. Zakupy teraz ogarnia w TESCO bo tez ma w sumie po drodze a Leclerka omija szerokim łukiem. U nas ma szacunek dozywotni, już sie nawet nie smiejemy jak myje okna w mieszkaniu. Przedtem jak mył to wołaliśmy ze własnie kręcą Rambo 4 pod tytułem "Mycie okien bez zabezpieczeń". O i tyle o lokalnym Rambo tym razem.

siema nara hej!!

5 wrz 2010

Basen.

Pardon !
To co lubie w wakacjach i innych ciepłych terminach to opcja: basen albo inny zbiornik wody dla ludzkiej ochłody. Czasem to na tych basenach czy innych żwirowniach, stawach, jeziorach, zalewach i takie takie różne rzeczy się dzieją. Raz to lepsze a raz gorsze ale to w zależności od tego jak się temat układa. Teraz to napisze co się działo kiedyś na basenie co poszliśmy w tym roku całą bandą.

Wiadomo jak ciepło jest to się chce wody. Nawet dortmunder (ten wielbłąd co ma jednego pagórka) musi mieć wodę bo innaczej kaplica i gość idzie w piach. A piachu na pustyni nie brakuje więc możnaby takie dortmundery zakopać byle gdzie i byle ile. Ale to nie ważne z punktu odniesienia do całej mojej opowieści co teraz będe szkicował. No to wstaje rano a tam już taka palma, że jak mnie Kumfa wołał i otworzyłem okno i sobie dałem łokcie na parapet zewnętrzny to mnie poparzyło tak się nagrzał. Jak to mówi mój ojciec ale on to mówi o samochodzie "tak się pieron nagrzał, że możnaby na masce jaja sadzić". Jak chce to niech sadzi ale swoje hihi. I Kumfa się drze:

- Sasza idziesz na basen??
- a kto idzie i o której?
- narazie to ja, Wargul, Popłoch, Paszczak, Kornik i Skobel
- Parnik i Zgniły nie idą?
- Parnik pojechał z ojcem na działke maliny i agrest obrywać bo już dojrzałe a Zgniły jest u babci do końca tygodnia.
- a o której idziecie?
- no za chwile bo goście dopiero wstali i śniadanie muszą zjeść i wychodzą.
- to ok to ja też śniadanie i wychodze. Zabrać coś?
- weź maskę i tyle. aha i jeszcze umyj dupe hahahaha
- myta wieczorem ty lepiej swoją se umyj bo tak pędzi że mi paproć gnije. To okno zamknę żeby całkiem nie umarla. To elo do potem.
- no nara cziko.

To szybko dałem po garach, żeby na mnie nie czekali. Śniadanie króla czyli płatki z mlekiem i cukrem. Wargul to ponoć je płatki z ciepłym mlekiem bo mówi, że lubi jak się mu taki beton robi. W sensie, że nasiąkaja te płatki i wpijają mleko i ma taką ciape. Czasem to nawet soli co już jest całkiem zboczone. Dobrze, że z wodą nie je. Po śniadaniu kita do łazienki, spodenki do plecaka, maski nie mogłem znaleźć, ale potem sobie przypomniałem, że Rondlowi pożyczyłem jak jechał na jakiś obóz i do tej pory nie oddał. Tyle byłem gotowy do zejścia. Wziąłem sobie jeszcze parę krówek do bocznej kieszonki i dziubadło. Jak zszedłem na dół to byłem tylko ja, Kumfa i Popłoch. Dobrze, że reszta szybko przyszła i można było atakować basenik. Poszliśmy normalnie jak zawsze z buta. Dwa przystanki podjechaliśmy na gape. Mogliśmy więcej ale Paszczak panikował już od momentu jak wsiadł, że zaraz kanarencja wsiądzie i nas będą spisywać to wysiedliśmy bo gość już miał kleksa w majtach i cały czas jęczał. Jak doszliśmy pod basen to pDałem okrzyk do ucieczki "noga". oliczyliśmy kabonkę kto ile ma i na co wystarczy. Ja miałem tylko 15 zyli i każdy miał do 20 ziko. To tak szybka kalkulacja co się da kupić za 15 czy 20 i powiedziałem:
- ja ide przez siatkę a za 6 zyla to sobie kupie coś w sklepiku
- ja też przez siatkę nie będą na mnie zarabiać - powiedział Kumfa bo on zawsze byle taniej,
- to ja też mogę przez siatkę - rzucił Popłoch

zapytałem Wargula
- idziesz z nami czy cziken??
- mogę iść
- a ty Skobel??
- eeeeee ja normalnie sobie kupie bilet
- Paszczak? jak wchodzisz?
- ja też na legala wjade bo mi się nie chce jeść

To ich wyśmialiśmy że goście panike zasiali i już galareta w majtach. Oni weszli na bilety a my poszliśmy dookoła siatki, żeby obczaić gdzie będzie najlepsze miejsce do przeskoczenia. Trzeba wybierać takie gdzie troche ludzi leży, żeby nie rzucać się bardzo w oczy i gdzie koło siatki rosną jakieś drzewa czy inne krzaki (takie maskowanie delikatne). To znaleźliśmy przy kortach do tenisa. Ja pierwszy przeskoczyłem. Najpierw plecak a potem ja. Najgorzej bo są takie ostre jakby noże czy dzidy na końcu tej siatki i trzeba bardzo delikatnie i ostrożnie bo można sobie coś zrobić. No ale wiadomo jak się ćwiczy to się umie i bez problemu się taką siateczke przechodzi. Popłoch też szybko przeskoczył, Kumfa to jak małpa nawet nikt nie wiedział kiedy i został Wargul. Gość troche chyba był spanikowany bo więcej się oglądał niż wychodził na siatke. To wołamy, żeby ruszył dupe bo im dłużej stoi tym bardziej go mogą obczaić. To szybko wyszedł i jakoś mu się udało. Był po naszej stronie ale problem tego typu, że zostawił plecak po drugiej stronie. Jak to zobaczyliśmy to zaczęliśmy brechtać z gościa. Powiedział, że drugi raz nie ryzykuje i pobiegł szybko do kasy żeby wyjść i powiedział, że wejdzie normalnie. Jak on pobiegł to Kumfa krzyknął do kolesia co przechodził po drugiej stronie czy może przeżucić mu plecak bo koledzy mu kawał zrobili i mu wywalili za siatkę. Gość podszedł przeżucił plecak i po kłopocie. Za minute dobiegł tam Wargul i pyta gdzie plecak. To wtedy Kumfa podniósł go do góry pomachał i zrobił taki dzwięk taaaaaa daaaaaaammmm. Wargul pobiegł znów do kasy żeby wejść ale zapomniał, że kasę miał w plecaku. Zaraz się znów wrócił i prosił żebyśmy mu dali kase bo nie ma jak wejść i znów szydera z gościa. Daliśmy mu kasę i za 3 minuty już był koło nas cały spocony jak szczur ze świecącym czołem. Znów go wyśmialiśmy ale już tak mniej bo nam go szkoda było.

Szybka akcja z przebraniem spodenek pod ręcznikiem i strzałka do wody. Najpierw bawiliśmy się trochę w ściganego, potem nurkowanie na odległość a potem skoki do wody z rozpędu. Tutaj wkroczył ratownik i kazał nam przestać bo skakać można tylko na głębokości 3.30 a nie na 180. Bez sensu bo na 3.30 nas nie chce wpuścić nigdy bo tam starsi tylko mogą więc nie możemy skakać. Mamy gościa zawsze gdzieś i jak idzie to znów skaczemy a potem jak coś to uciekamy. Najlepsze miało jednak nadejść. Znalazłem baterie taką R14. Chyba ktoś słuchał kaseciaka stereo i mu baterie padły to zostawił koło basenu. Wziąłem jedną i wskoczyłem z nią do wody. Zawołałem do Popłocha żeby łapał i tak sobie rzucaliśmy tą bateria trochę. No i znów miałem ja bateryjkę i rzucałem do Kumfy co stał koło drabinek a ja na środku basenu. I tak strzeliłem z nadgarstka piękny rzut. Bateria pociska tuż nad taflą wody w stronę Kumfy i Dałem okrzyk do ucieczki "noga". nagle jakiś pajać wypływa w masce do nurkowania i dostaje bateria prosto w środek maski. Widziałem na własne oczy jak robi mu się pajęczynka między oczami i zaczyna lecieć krew. Gość od razu włączył syrenę alarmową i zaczął wołać TATO, TATO UAAAAAAAAAA. Zobaczyłem jak jakiś owłośiony facet biegnie do basenu. Pomyślałem tylko i jednej rzeczy. Spieprzam stąd. Jak się rozglądnąłem to Kumfa już biegł na koc a Popłocha nie widziałem. Szybko dałem nura i pod wodą dopłynąłem do barierek i jak wyszedłem na brzeg to w ciągu 5 sekund byłem za drzewami na kocu. Gość wyciągnął synka z basenu i gdzieś poszli. Nie wiem dokładnie gdzie bo trochę mieliśmy kleksa w majtach, że nas będą szukać po całym basenie. Pomyśleliśmy, że lepiej będzie się ewakuować w inne miejsce.

Poszliśmy na inny basen bo mamy dwa i do wyboru. Rozbiliśmy obóz i poszliśmy znów do wody. Paszczak chciał trochę przyszpanować i zaczął chodzić na rękach po murku od basenu. Wtedy jakaś powalona panna popchnęła go i Paszczak całą klatą przejechał po murku. Szybko wypłynął i miał całą klate we krwi. Zdarta skóra i cały podrapany. Szybko pobiegliśmy z nim żeby poszukać jakiejś pielęgniarki czy coś. Nikogo nie było ale u babki co stała z lodami jak się zapytaliśmy co zrobić to ona powiedziała, że trzeba to odkazić. No to daliśmy Paszczaka i ona mu polała cała ranę spirytusem salicylowym. Jak to zrobiła to Paszczak wydał najlepszy okrzyk w swoim życiu. Myśle, że słyszeli go wszyscy na basenie otwartym i nawet na krytym co jest obok gdzie kadra skoczków ćwiczy skoki do wody. To było mocne. Tak go piekło że się darł i nie wiedział co zrobić. Podpowiedziałem mu, żeby biegał dookoła budki z lodami to będzie miał wiatr i chłodzenie rany. Pobiegał tak ze 2 minuty i mu przeszło tak jak mówiłem. Paszczak musiał iść do cienia czekać aż mu wszystko zaschnie a my postanowilismy się zemścić na tej głupiej pannie. Popłoch miał pomidory do jedzenia. Dał każdemu po jednym i poszliśmy na polowanie. Wyczailismy tą pannę jak stała sobie koło barierki jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się, stało i musiała mieć karę za to że jest głupia. Podeszliśmy na dobrą odległość i pierwszy rzucił Popłoch. Ale nie trafił i pomidor wleciał do wody. Już ktoś chyba nas obczaił bo pokazał na nas palcem. Wtedy i ja i Kumfa wzięlismy zamach i rzuciliśmy. Nie wiem czyj pomidor trafił tą pannę w głowę i rozwalony wpadł do basenu a który trafił w plecy kolesia który stał jakies 3 metry od niej. Wydaje mi się, że ja trafiłem tą pannę ale tak samo wydawało się Kumfie. Ta panna zaczęła krzyczeć ale to akurat dobrze bo powinna krzyczeć ale ten koleś co dostał w plecy nie powinien się odwrócić i zobaczyć kto rzucał. Można byłoby coś udawać ale nie dało się bo Wargul stał koło nas z dwoma pomidorami w ręce. Było wiadomo, że to nasza banda rzucała. Zaczęliśmy uciekać ile pary w przeszczepach. Ja biegłem pierwszy w stronę ręczników. Tam leżał Paszczak. Ja się darłem, żeby zbierał rzeczy i naginamyyyyyyyyyyy. Szybko wziął ręcznik wsadził buty na nogi i kita w stronę kas. My też dobiegliśmy po rzecz zebraliśmy w 2 sekundy, plecaki i ręczniki i ruraaaaaaaaaaaaaaa. Zdarzyliśmy na styk bo koleś musiał ubrać sobie jakieś buty więc mieliśmy małą przewagę nad nim. Jak byliśmy już po drugiej stronie bramy to on dopiero dobiegł ale już nie przechodził na drugą stronę bo jak się wyjdzie to trzeba kupić nowy bilet. Taka zasada na basenie.

Mieliśmy dobrego farta, że nam się udało. Paszczak miał potem zakaz chodzenia z nami gdziekolwiek bo jak powiedziała jego matka "następnym razem zabijesz się przez tych koleżków" i nie chciala słuchać, że go pomściliśmy i że nie nasza wina. Bardziej przewalone miał w sumie Wargul bo z pośpiechu nie zabrał discmana jego brata i zostało to na basenie gdzieś tam gdzie mieliśmy ręczniki rozłożone. Potem musiał mu oddawać kasę ale i tak miał szlaban od swojego ojca na 3 dni wychodzenia z domu. Ja tym razem bez żadnych problemów w domu.

I tyle. Basen to jest to !!!

3 wrz 2010

Rolnik lepka ręka.

How Di Du Di !

Rolnik (ksywa zmieniona tak jak zmieniali w W11, że osoba nie była prawdziwa) to taki gość z osiedla. Młodszy o rok ode mnie ale się z nami kolegował trochę. Kiedyś poszliśmy do koleżanki naszej na urodziny. Robiła w domu swoim gdzie mieszka. Poszlismy w ośmiu chyba albo coś koło tego. No i wtedy się zbierało takie albumy z naklejkami bo to kilka lat temu było. Rolnik też zbierał chyba jakieś trzy serie. Nie wiem dokładnie co bo ja nigdy nie zbierałem takich rzeczy. No i my siedzieliśmy na dole a były też pokoje na górze. Tak w połowie gdzieś to dziewczyny oglądały włąśnie te albumy z naklejkami i Rolnik też oglądał bo się zajarał. Potem ta koleżanka poszła zanieść na góre te albumy do pokoju i wróciła na dól. Rolnik potem poszedł do łazienki bo na dole była zajęta. Tzn on powiedział, że idzie do łazienki. Wrócił i potem troche tańczyliśmy do takich przebojów co składanke Wargul zrobił. No i Rolnik zaczął trochę tańczyć. Jak poleciał Papa Roach - Last Resort to gość oszalał i zaczął skakać takie pseudo pogo co się robi w szkole na rokotece czy coś. I jak zaczął poging to koszulka mu zaczęła do góry podskakiwać na maksa i pokazywał mu się brzuch i plecy. Wtedy wymiękliśmy na maksa. Patrzymy a gość miał naklejone na ciało naklejki na brzuchu i plecach. Gość poszedł na góre znalazł albumy i poodklejał z nich te naklejki co mu brakowało. Potem nie wiedział gdzie je dać to sobie nakleił pod koszulką. Koleżanka to też widziała i trochę Rolnik musiał zakończyć imprezę przed czasem. Po prostu wywaliła go z domu i powiedziała, że jest "gnida dworska". No i trochę ta ksywa mu się trzymała przez jakiś czas i wolali na niego gnida.

Druga sprawa z Rolnikiem była taka. W piaskownicy czasem jak byliśmy jeszcze mniejsi niż na urodzinach u koleżanki to bawiliśmy się resorakami w piachu. Takie tam różne tory robiliśmy i w ogóle resoraki w piachu. Czasem przychodziły też mniejsze dzieci z resorakami bawić się na naszym torze. Mieliśmy nawet podziemne przejazdy albo wjazd pod wode i takie takie. Często w trakcie zabawy ginęły resoraki i nie można było ich znaleźć. Raz zgineło ze trzy za jedną zabawą. W tym mój zmienianiący kolor z matchboxa resorak co go dostałęm od kuzyna z Hiszpanii. Pomyślałem, że coś musi być śmierdzące w tej całej sytuacji co resoraki tak giną w piachu. Zgadałem się z Popłochem, że musimy obczajać piaskownicę bo coś jest na rzeczy. Cały czas miałem monitoring w oknie na piaskownice w sensie, że patrzyłem przez okno. Zmieniał mnie Popłoch. Jak się ściemniło to ja zobaczyłem, że ktoś wyszedł z klatki i idzie do piaskownicy. Szybko dałem sygnał Popłochowi. Miałem lampke i mrugałem światłem w pokoju, żeby wychodzić na podwórko szybko. Zbiegłem na dół bez świecenia na klatce i już czekał na mnie Popłoch. Skradliśmy się pod piaskownicę żeby obczaić o co się rozbiega. Podczołgaliśmy się blisko i patrzymy a tam Rolnik w piachu grzebie. Szybko go zaatakowaliśmy z Popłochem. Co się wykluło na światło dzienne? Rolnik bawił się z nami resorakami i jak mu sie jakiś spodobał to zakopywał go w piachu w rogu piaskownicy. Potem przychodził w nocy i wykopywał. Zabraliśmy mu te resoraki co ukradł i kazaliśmy oddać wszystkie bo innaczej powiemy jego matce. A jego matka była świrem i chyba miałby totalną kose jakby się dowiedziała. W sumie to nas błagał żebyśmy go nie wydali. Popłoch powiedział, że nie powie jak zje Rolnik zje garść piachu. Zjadł ale nie całą garść i pobiegł przepijać do pompy. To wołaliśmy, że nie ma popijania piachu. Zmieniliśmy mu na coś latwiejszego i miał przejechać językiem całą zjeżdżalnie od góry do dołu żeby było widać ślad że lizał. No i zrobił to. Brakowało mu śliny ale odczekiwaliśmy i lizał aż będzie ślad. Niech się cieszy, że nie kazaliśmy mu jeść psiej kupy albo sraki gołębia bo kiedyś gość z innego osiedla co ukradł Wargulowi rower i go złapaliśmy to musiał zjeść gówno gołębia z parapetu za kare, żebyśmy go nie wydali do jego matki.

O i tyle bo nie ma co reklamować złodziejów.

Eloza!!!