ooooooooooo sajonara oooooooooooooo
Wydaje mi się, że lato to najlepszy okres w ciągu całego roku. Nie dość, że ciepło to jeszcze wolne w szkole. Teraz jak jest środek zimy to mi się trochę marzy wakacyjny czas. Się wstaje kiedy chce, się robi co chce i nawet dzień jest lepszy bo dłuższy. Z wakacji też praktycznie najlepsze wspomnienia. Nie że tylko w wakacje coś się dzieje ale dzieje się napewno dużo więcej niż w ciągu roku szkolnego. Proste i logiczne bo wszyscy są na osiedlu i każdy ma wolny czas. No może poza Ryżym, który musi 90% wakacji przesiedzieć u swojej babci i Ziemniakiem co ma młodszego brata i mama każe mu się z nim bawić jak idą z ojcem do pracy. Reszta ma luz.
Najlepsze są takie dni co jak się staje i podchodzi do okna to na niebie nie ma wcale chmur. Tylko błękit jak w piosence Wilków "san de blu skaj" albo tym filmie o nurkach co wchodzili bez zabezpieczeń po linie prawie na dno dołu marsjanskiego i mogli nie oddychać nawet 31 minut albo i dłużej. Synek mówił, że to nie możliwe bo jego ojciec wytrzymuje maksymalnie 2 minuty a jest jak to mówi Himenem ale to że Synka ojciec jest lewarem nie znaczy, że ktoś inny nie potrafi. Przykład? Synka ojciec nigdy nie wszedłby do sklepu z łomem żeby rozwalić szafkę i zabrać swoje rzeczy jak się szafka zatnie a ojciec Wargula Pan Rambo zrobił inwazję na Leklerka z łomem w ręce. I co - zatkało Kakało?
Ok time to go!! przechodze do opowiesci. To było lato ale nie wiem jaki miesiąc i jaki dzień. Tzn dzień napewno ciepły i ze słońcem w obiektywie. Pierwszy na osiedlu pojawił się Kumfik i od razu zaczął gwizdać żeby wszyscy wyszli do okna. No że byłem w kuchni a okna w kuchni mam od strony podwórka to szybko go obczaiłem jak jeździł swoim wigrusem i ćwiczył świece. Kiedyś powiedział, że będzie jak Henka Gustafson i od tamtej pory ćwiczył stawianie wigrusa na tyle koło, żeby po wygranym biegu na żużlu poderwać maszynę i taka popisówka na deser. Szybko skończyłęm płatki co je sobie zrobiłem na śniadanie i wybiegłem na pole. Byłem drugi z całej bandy. Kumfa cały czas ćwiczył świece ale jak mnie zobaczył to podjechał i zahamował mi konkretnym wirażem koło moich chinskich trampków co je sobie pomalowałem na gumie na zielony kolor flamasterm bo nam się zawsze myliły kogo czyja para. To ja miałem zielone, Kumfa czerwone, Popłoch całe czarne a Ziemniak nosił sandały bo matka mu zabroniła chodzić w lecie w trampach bo "stopa musi mieć wentylacje i powinna odpoczywać" i "niech twoi koledzy zostawiają buty przed drzwiami do mieszkania bo śmierdzi jak w fabryce dętek". No jasne lepiej, żeby mi noga podawała lekkim zapachem niż żeby mi się skarpetki zawijały z przodu przed sandałem jak gościom co w kościele śpiewają i grają na gitarach na mszy dla młodzieży co jest zawsze o 9:30 w każdą niedziele.
Po 10 minutach na polu była już cała ekipa. Ja, Popłoch, Parnik, Wargul, Kornik, Kumfa i Adnrut. Ryży jak zwykle u babci a Synek pojechał z ojcem na jakiś śmierdzący jacht nad Ożanne i że niby będzie robił patent sterownika. Tylko takie patenty to my już dawno robiliśmy jak np podrabiało usprawiedliwienie w szkole albo kradło wody w woreczku w sklepiku szkolnym. To było sterowanie a nie ożanna i to z tatusiem. Jak siedliśmy na ławce to Kumfa popatrzył w niebo i powiedział.
- Oglądałem pogode dziś rano i ma być konkret parówa cały dzień. Co wymyśliłem to Wam mówie. Jedziemy na żwirownie i będziemy się kąpać. Za 5 minut w tym miejscu się spotykamy. Każdy ma mieć rower i jedziemy. Czas licze od teraz.
I właczył swój zegarek co go dostał od chrzestnego na urodziny i liczył czas od przodu i od tyłu nawet. On ustawił na 5 minut i mu potem pikało jak doszło do zero. Moja mama ma coś takiego i używa do gotowania jajek ale to mojej mamy się nakręca i raczej ciężko do ręki przymocować choć raz sobie taśmą przykleiłem ale nie dało się wtedy nastawić czasu i nic z dobrego pomysłu nie wyszło.
Szybko się wszyscy zebraliśmy na dole z rowerami. Każdy wziął żużliwki żeby fajnie wyglądało że jedziemy drużyną cała w teren. Tylko Kornik wziął półkolażowke bo powiedział, że na tym rowerze jest szybki na prostych i Wargul miał Pelikana jego siostry bo w żużlowym miał flaka i ojciec mu jeszcze łatką nie skleił bo po pracy chodził na fuchy i nie miał czasu.
Wystartowaliśmy spod bloku i wszyscy na pełnej ruże darliśmy do pierwszych świateł. Na światłąch każdy wiraż poza Kornikiem bo miał słabe hample przy kolażowce i nawet nie dało się złożyć do wirażu tym czymś. Na starcie był wolny ale potem nas doganiał na prostych bo miał dobre przełożenie. Wargul miał najgorzej bo rower jego siory miał błotniki i był żólty jak co drugi pasek u osy. Na dojeździe na trzecich światłach koło osiedla na Cichej każdy zwolnił bo było czerwone a Wargul rozpędził maszynę dojechał do Kornika co był na samym początku i stanął na pedałą i zaczął krzyczeć.
- Sory Kornik ale rozpędziłem szerszenia i będę Cię musiał wyprze....
I wtedy chciał dodać gazu, na stojaka mu się rama rozłożyła w tym składaku siostry. Cały się wyglebował na pysk i na ręce i ogólnie łokcie i kolana. Wtedy to byłem mega szczęśliwy że jechałem z tyłu bo jakbym opuścił taką glebę to bym się załamał zdemolował wewnątrz ciała i duszy. Wszyscy się zatrzymaliśmy i ryliśmy z Wargula całe czerwone światło, potem zielone i jeszcze raz czerwone. Ogólnie to się długo śmialiśmy a Wargul się pozbierał i zaczął panikować:
- stary mnie przetnie, wziąłem rower siostry bez pozwolenia. Przetnie mnie jak zobaczy, że się rama złamała.
Okazało się, że jak się rozłożyła to przy uderzeniu tak źle spadła że się złamała. Coś tam pocieszaliśmy gościa, że damy do Rondla ojca i mu pospawa i będzie funkiel nówka nie śmigana. Potem się kupi spraja i się obryzga go na żółto i będzie nie do poznaki tak mu odpisujemy gablote. Na wysoki połysk jak to mówił mój ojciec jak miał łade samare i sobie wosk nałożył przed wielkanocnymi świętami albo zanim się na groby pojechało 1 listopada. Wargul się uspokoił. Daliśmy dwie połówki jego roweru w krzaki i pojechaliśmy na żwirkę. Ja wziąłem Wargula na kiere bo miałem założoną taką gąbke jak od bmx to było mu miękko. Troche mi się źle jechało bo ja się składam w zakręt w lewo o on się jak idiota wyginał w lewo bo się chyba bał że zglebujemy.
Dojechaliśmy nad wodę i szybka rozbieranka ciuchów i do wody. Nikt nic nie brał do kąpania bo nikt nie mówil rodzicom gdzie się jedzie bo by nas nie puścili. Tam się ponoć 8 osób utopiło i są wiry wodne co wciągają ludzi. Zabójcze miejsce jednym zdaniem mówiąć. Trochę poskakaliśmy z drzewa, trochę ze skarpy. Andrut nie umiał skakać na główkę i cały czas dawał na bombę. Zaczęliśmy go wyśmiewać, że nie umie to się trochę zaczął wkurzać i powiedzał, że jak by chciał to skoczyłby na luzaku. No to zaczęliśmy go namawiać i wołać dajesz Andrut dajesz. I w końcu powiedział, że skoczy. Nie wiedział jak i zapytał się Popłocha jak najlepiej. Popłoch wiadomo co powiedział:
- musisz się dobrze rozpędzić a potem przy samym końcu pomostu mocne wybicie i trochę się złożyć i wbić się w wodę jak ciepły nóż w kostkę masła. Andrut powtórzył dwa razy dobrą radę i poszedł na koniec pomostu. Rozpędził się wybił do góry i przypieprzył centralnie na płasko w wodę. Jak to widziałem z brzegu to wydawało mi się że wybuchną mu flaki. Taki największy plaskacz jakiego w życiu całym swoim niedługim widziałem. Plaskacz totalny. Zaczęliśmy z gościa ryć a on wylazł na brzeg z całym czerwonym brzuchem i udami i zaczął wołać.
- Jezu chłopaki ale zajebiście się czuje, nigdy nie czułem się tak dobrze. Mój pierwszy skok na banie. Wyszedł mi w skali do 10 na mocne 9!! Ide skoczyć jeszcze raz póki pamiętam system skoku.
Rozpędził się i znów zawalił taką samą dechę jak za pierwszym razem. Wypłynął ucieszony od ucha do ucha i znów się rozpędził i sprzedał dechę. Tak chyba jeszcze ze cztery razy aż przestał bo stwierdził, że brzuch go boli. Mało ważne bo szybko wymyśliliśmy nową zabawę. Zaczęliśmy skakać ze skarpy rowerem do wody. Najleszy był do tego mój wigrus. Skoczyłem pierwszy i było nieźle nawet. Potem Kumfa i Popłoch. Na końcu ustawił się Wargul. My wszyscy skakaliśmy w trampkach a Wargul miał Fishery z pompowanym językiem i powiedział, że nie będzie skakał w butach bo nie chce sobie szamba w środku zrobić i mu nie wyschną do powrotu do domu. Spoko nam to obojętne przecież w czym gość skacze. Gość ściągnał meszty wziął rower rozpędził się i kitaaaaaaa do wody. Jakoś dziwnie leciał bo tak jakby cały czas stał na pedałach. Nie puścił roweru i uderzył o wodę i szybko zniknął pod tą samą wodą co w nią uderzył. Wypłynał po 2 sekundach i zaczął się drzeć.
- nogaaaaaaaa, nogaaaaaaaaaaaa coś mam z nogaaaaaaaaaa
Szybko wskoczyliśmy po gościa i wydarliśmy go na brzeg. Okazało się że idiota lądował z nogami na pedałach. Ja miałem metalowe z zabkami żeby mi dobrze meszty kleiły na żużlu nawet po deszczu bez poślizgu. No i mu się noga rozcięła do mięsa. Musisliśmy się szybko ewakuować żeby się nie wdało zakażenie - tak powiedział Andrut co jego mama pracowała w przychodni kolejowej i znała temat od A do Z. Szybko owinęliśmy nogę popłocha moją koszulą rozpinaną bo miałem jeszcze tshirta zwykłego. Szybko wziąłem Wargula na kierownicę i zaczęliśmy jechać na osiedle.
Jak dojechaliśmy do tych świateł co Wargul przedtem złamał ramę to się zatrzymaliśmy, żeby zabrać dwa kawałki ramy roweru jego siostry. Jedną część zabrał Kornik na ramię a drugą część Popłoch. Minęła minuta i znów byliśmy w drodze na ośkę. Jak byliśmy na ostatnich już światłach przed osiedlem a raczej już za nimi to Kornik się podniecił zaczął przyspieszać na tej swojej kulmadze z kierownicą barankiem i krzyknął.
- kto ostatni na osiedlu ten chuj!
Jak to krzyczał to nas wyprzedał i się głupio gapił i uśmiechał jak szelma. Mijał własnie Andruta jak zachaczył tą połówką ramy roweru Wargula siostry co ją miał na ramieniu o latarnie którą mijał. Zdarło go z roweru i wylądował na dupo-plecach a jego rower wbił się w bordowego kaszlaka co stał przy chodniku od strony ulicy. My wszyscy też prawie mieliśmy wypadki bo zaczęliśmy się śmiać a na brechcie ciężko się trzyma kiere bo telepie bebechem i drgania przenosi na ręce a z rąk na kiere a wiadomo, że w rowerze kiera jest sterem. Wargul musiał zeskoczyć z roweru bo byśmy wjechali w barierki od ogródka tak nas zniosło. Jak zeskoczył to musiał ostro następnić na nogę co ją miał rozwaloną. Zaczął się drzeć i zwijać z bólu tak go bolało bo seryjnie mial aż do mięsa noge pojechaną. Andrut wjechał w tylne koło Popłocha i też była delikatna kraksa z ich rowerów i ciał. I w sumie to na glebie lezały cztery osoby dwie się darły z bólu a dwie na siebie czyli z bólu Kornik i Wargul bo mieli obrażenia a ze złości Popłoch i Andrut bo mieli obrażenie się na siebie za szczepienie maszyn i wywrotkę. Najszybciej wstał kornik jak Kumfa krzyknął:
- Kornik kruca himel dziadek od malucha co go walnąłeś kolażówką idzie.
Kornik moment się pozbierał pobiegł po rower i zaczął uciekać na osiedle. Zostawił połówkę ramy Wargula siostry roweru i wszystkich i po prostu naginał. My się pozbieraliśmy i dotarliśmy na osiedle jakieś 2 minuty po Korniku bo jak mówiłem było już blisko ale Kornik był szybki na prostych a jak się bał i uciekał to był bardzo szybki.
Potem Wargula matka zabrała go na pogotowie żeby naprawili mu nogę. W sumie to się cieszył że mu się to stało bo jak powiedział:
- dobrze że się mi noga popsuła bo tak to matką mnie żałowała i obroniła mnie przed ojcem. Jakby nie to to by mnie przetrącił za rame z roweru mojej siostry. Plusowo panowie plusowo.
Kurde to był dobry dzień. Taki jakich wiele w wakacyjne dni. I jak tu nie lubić słonecznej pogody. Jakby powiedział Wargul. Bilans tego dnia był plusowy panowie plusowy.
Siema nara hej !!!
Wydaje mi się, że lato to najlepszy okres w ciągu całego roku. Nie dość, że ciepło to jeszcze wolne w szkole. Teraz jak jest środek zimy to mi się trochę marzy wakacyjny czas. Się wstaje kiedy chce, się robi co chce i nawet dzień jest lepszy bo dłuższy. Z wakacji też praktycznie najlepsze wspomnienia. Nie że tylko w wakacje coś się dzieje ale dzieje się napewno dużo więcej niż w ciągu roku szkolnego. Proste i logiczne bo wszyscy są na osiedlu i każdy ma wolny czas. No może poza Ryżym, który musi 90% wakacji przesiedzieć u swojej babci i Ziemniakiem co ma młodszego brata i mama każe mu się z nim bawić jak idą z ojcem do pracy. Reszta ma luz.
Najlepsze są takie dni co jak się staje i podchodzi do okna to na niebie nie ma wcale chmur. Tylko błękit jak w piosence Wilków "san de blu skaj" albo tym filmie o nurkach co wchodzili bez zabezpieczeń po linie prawie na dno dołu marsjanskiego i mogli nie oddychać nawet 31 minut albo i dłużej. Synek mówił, że to nie możliwe bo jego ojciec wytrzymuje maksymalnie 2 minuty a jest jak to mówi Himenem ale to że Synka ojciec jest lewarem nie znaczy, że ktoś inny nie potrafi. Przykład? Synka ojciec nigdy nie wszedłby do sklepu z łomem żeby rozwalić szafkę i zabrać swoje rzeczy jak się szafka zatnie a ojciec Wargula Pan Rambo zrobił inwazję na Leklerka z łomem w ręce. I co - zatkało Kakało?
Ok time to go!! przechodze do opowiesci. To było lato ale nie wiem jaki miesiąc i jaki dzień. Tzn dzień napewno ciepły i ze słońcem w obiektywie. Pierwszy na osiedlu pojawił się Kumfik i od razu zaczął gwizdać żeby wszyscy wyszli do okna. No że byłem w kuchni a okna w kuchni mam od strony podwórka to szybko go obczaiłem jak jeździł swoim wigrusem i ćwiczył świece. Kiedyś powiedział, że będzie jak Henka Gustafson i od tamtej pory ćwiczył stawianie wigrusa na tyle koło, żeby po wygranym biegu na żużlu poderwać maszynę i taka popisówka na deser. Szybko skończyłęm płatki co je sobie zrobiłem na śniadanie i wybiegłem na pole. Byłem drugi z całej bandy. Kumfa cały czas ćwiczył świece ale jak mnie zobaczył to podjechał i zahamował mi konkretnym wirażem koło moich chinskich trampków co je sobie pomalowałem na gumie na zielony kolor flamasterm bo nam się zawsze myliły kogo czyja para. To ja miałem zielone, Kumfa czerwone, Popłoch całe czarne a Ziemniak nosił sandały bo matka mu zabroniła chodzić w lecie w trampach bo "stopa musi mieć wentylacje i powinna odpoczywać" i "niech twoi koledzy zostawiają buty przed drzwiami do mieszkania bo śmierdzi jak w fabryce dętek". No jasne lepiej, żeby mi noga podawała lekkim zapachem niż żeby mi się skarpetki zawijały z przodu przed sandałem jak gościom co w kościele śpiewają i grają na gitarach na mszy dla młodzieży co jest zawsze o 9:30 w każdą niedziele.
Po 10 minutach na polu była już cała ekipa. Ja, Popłoch, Parnik, Wargul, Kornik, Kumfa i Adnrut. Ryży jak zwykle u babci a Synek pojechał z ojcem na jakiś śmierdzący jacht nad Ożanne i że niby będzie robił patent sterownika. Tylko takie patenty to my już dawno robiliśmy jak np podrabiało usprawiedliwienie w szkole albo kradło wody w woreczku w sklepiku szkolnym. To było sterowanie a nie ożanna i to z tatusiem. Jak siedliśmy na ławce to Kumfa popatrzył w niebo i powiedział.
- Oglądałem pogode dziś rano i ma być konkret parówa cały dzień. Co wymyśliłem to Wam mówie. Jedziemy na żwirownie i będziemy się kąpać. Za 5 minut w tym miejscu się spotykamy. Każdy ma mieć rower i jedziemy. Czas licze od teraz.
I właczył swój zegarek co go dostał od chrzestnego na urodziny i liczył czas od przodu i od tyłu nawet. On ustawił na 5 minut i mu potem pikało jak doszło do zero. Moja mama ma coś takiego i używa do gotowania jajek ale to mojej mamy się nakręca i raczej ciężko do ręki przymocować choć raz sobie taśmą przykleiłem ale nie dało się wtedy nastawić czasu i nic z dobrego pomysłu nie wyszło.
Szybko się wszyscy zebraliśmy na dole z rowerami. Każdy wziął żużliwki żeby fajnie wyglądało że jedziemy drużyną cała w teren. Tylko Kornik wziął półkolażowke bo powiedział, że na tym rowerze jest szybki na prostych i Wargul miał Pelikana jego siostry bo w żużlowym miał flaka i ojciec mu jeszcze łatką nie skleił bo po pracy chodził na fuchy i nie miał czasu.
Wystartowaliśmy spod bloku i wszyscy na pełnej ruże darliśmy do pierwszych świateł. Na światłąch każdy wiraż poza Kornikiem bo miał słabe hample przy kolażowce i nawet nie dało się złożyć do wirażu tym czymś. Na starcie był wolny ale potem nas doganiał na prostych bo miał dobre przełożenie. Wargul miał najgorzej bo rower jego siory miał błotniki i był żólty jak co drugi pasek u osy. Na dojeździe na trzecich światłach koło osiedla na Cichej każdy zwolnił bo było czerwone a Wargul rozpędził maszynę dojechał do Kornika co był na samym początku i stanął na pedałą i zaczął krzyczeć.
- Sory Kornik ale rozpędziłem szerszenia i będę Cię musiał wyprze....
I wtedy chciał dodać gazu, na stojaka mu się rama rozłożyła w tym składaku siostry. Cały się wyglebował na pysk i na ręce i ogólnie łokcie i kolana. Wtedy to byłem mega szczęśliwy że jechałem z tyłu bo jakbym opuścił taką glebę to bym się załamał zdemolował wewnątrz ciała i duszy. Wszyscy się zatrzymaliśmy i ryliśmy z Wargula całe czerwone światło, potem zielone i jeszcze raz czerwone. Ogólnie to się długo śmialiśmy a Wargul się pozbierał i zaczął panikować:
- stary mnie przetnie, wziąłem rower siostry bez pozwolenia. Przetnie mnie jak zobaczy, że się rama złamała.
Okazało się, że jak się rozłożyła to przy uderzeniu tak źle spadła że się złamała. Coś tam pocieszaliśmy gościa, że damy do Rondla ojca i mu pospawa i będzie funkiel nówka nie śmigana. Potem się kupi spraja i się obryzga go na żółto i będzie nie do poznaki tak mu odpisujemy gablote. Na wysoki połysk jak to mówił mój ojciec jak miał łade samare i sobie wosk nałożył przed wielkanocnymi świętami albo zanim się na groby pojechało 1 listopada. Wargul się uspokoił. Daliśmy dwie połówki jego roweru w krzaki i pojechaliśmy na żwirkę. Ja wziąłem Wargula na kiere bo miałem założoną taką gąbke jak od bmx to było mu miękko. Troche mi się źle jechało bo ja się składam w zakręt w lewo o on się jak idiota wyginał w lewo bo się chyba bał że zglebujemy.
Dojechaliśmy nad wodę i szybka rozbieranka ciuchów i do wody. Nikt nic nie brał do kąpania bo nikt nie mówil rodzicom gdzie się jedzie bo by nas nie puścili. Tam się ponoć 8 osób utopiło i są wiry wodne co wciągają ludzi. Zabójcze miejsce jednym zdaniem mówiąć. Trochę poskakaliśmy z drzewa, trochę ze skarpy. Andrut nie umiał skakać na główkę i cały czas dawał na bombę. Zaczęliśmy go wyśmiewać, że nie umie to się trochę zaczął wkurzać i powiedzał, że jak by chciał to skoczyłby na luzaku. No to zaczęliśmy go namawiać i wołać dajesz Andrut dajesz. I w końcu powiedział, że skoczy. Nie wiedział jak i zapytał się Popłocha jak najlepiej. Popłoch wiadomo co powiedział:
- musisz się dobrze rozpędzić a potem przy samym końcu pomostu mocne wybicie i trochę się złożyć i wbić się w wodę jak ciepły nóż w kostkę masła. Andrut powtórzył dwa razy dobrą radę i poszedł na koniec pomostu. Rozpędził się wybił do góry i przypieprzył centralnie na płasko w wodę. Jak to widziałem z brzegu to wydawało mi się że wybuchną mu flaki. Taki największy plaskacz jakiego w życiu całym swoim niedługim widziałem. Plaskacz totalny. Zaczęliśmy z gościa ryć a on wylazł na brzeg z całym czerwonym brzuchem i udami i zaczął wołać.
- Jezu chłopaki ale zajebiście się czuje, nigdy nie czułem się tak dobrze. Mój pierwszy skok na banie. Wyszedł mi w skali do 10 na mocne 9!! Ide skoczyć jeszcze raz póki pamiętam system skoku.
Rozpędził się i znów zawalił taką samą dechę jak za pierwszym razem. Wypłynął ucieszony od ucha do ucha i znów się rozpędził i sprzedał dechę. Tak chyba jeszcze ze cztery razy aż przestał bo stwierdził, że brzuch go boli. Mało ważne bo szybko wymyśliliśmy nową zabawę. Zaczęliśmy skakać ze skarpy rowerem do wody. Najleszy był do tego mój wigrus. Skoczyłem pierwszy i było nieźle nawet. Potem Kumfa i Popłoch. Na końcu ustawił się Wargul. My wszyscy skakaliśmy w trampkach a Wargul miał Fishery z pompowanym językiem i powiedział, że nie będzie skakał w butach bo nie chce sobie szamba w środku zrobić i mu nie wyschną do powrotu do domu. Spoko nam to obojętne przecież w czym gość skacze. Gość ściągnał meszty wziął rower rozpędził się i kitaaaaaaa do wody. Jakoś dziwnie leciał bo tak jakby cały czas stał na pedałach. Nie puścił roweru i uderzył o wodę i szybko zniknął pod tą samą wodą co w nią uderzył. Wypłynał po 2 sekundach i zaczął się drzeć.
- nogaaaaaaaa, nogaaaaaaaaaaaa coś mam z nogaaaaaaaaaa
Szybko wskoczyliśmy po gościa i wydarliśmy go na brzeg. Okazało się że idiota lądował z nogami na pedałach. Ja miałem metalowe z zabkami żeby mi dobrze meszty kleiły na żużlu nawet po deszczu bez poślizgu. No i mu się noga rozcięła do mięsa. Musisliśmy się szybko ewakuować żeby się nie wdało zakażenie - tak powiedział Andrut co jego mama pracowała w przychodni kolejowej i znała temat od A do Z. Szybko owinęliśmy nogę popłocha moją koszulą rozpinaną bo miałem jeszcze tshirta zwykłego. Szybko wziąłem Wargula na kierownicę i zaczęliśmy jechać na osiedle.
Jak dojechaliśmy do tych świateł co Wargul przedtem złamał ramę to się zatrzymaliśmy, żeby zabrać dwa kawałki ramy roweru jego siostry. Jedną część zabrał Kornik na ramię a drugą część Popłoch. Minęła minuta i znów byliśmy w drodze na ośkę. Jak byliśmy na ostatnich już światłach przed osiedlem a raczej już za nimi to Kornik się podniecił zaczął przyspieszać na tej swojej kulmadze z kierownicą barankiem i krzyknął.
- kto ostatni na osiedlu ten chuj!
Jak to krzyczał to nas wyprzedał i się głupio gapił i uśmiechał jak szelma. Mijał własnie Andruta jak zachaczył tą połówką ramy roweru Wargula siostry co ją miał na ramieniu o latarnie którą mijał. Zdarło go z roweru i wylądował na dupo-plecach a jego rower wbił się w bordowego kaszlaka co stał przy chodniku od strony ulicy. My wszyscy też prawie mieliśmy wypadki bo zaczęliśmy się śmiać a na brechcie ciężko się trzyma kiere bo telepie bebechem i drgania przenosi na ręce a z rąk na kiere a wiadomo, że w rowerze kiera jest sterem. Wargul musiał zeskoczyć z roweru bo byśmy wjechali w barierki od ogródka tak nas zniosło. Jak zeskoczył to musiał ostro następnić na nogę co ją miał rozwaloną. Zaczął się drzeć i zwijać z bólu tak go bolało bo seryjnie mial aż do mięsa noge pojechaną. Andrut wjechał w tylne koło Popłocha i też była delikatna kraksa z ich rowerów i ciał. I w sumie to na glebie lezały cztery osoby dwie się darły z bólu a dwie na siebie czyli z bólu Kornik i Wargul bo mieli obrażenia a ze złości Popłoch i Andrut bo mieli obrażenie się na siebie za szczepienie maszyn i wywrotkę. Najszybciej wstał kornik jak Kumfa krzyknął:
- Kornik kruca himel dziadek od malucha co go walnąłeś kolażówką idzie.
Kornik moment się pozbierał pobiegł po rower i zaczął uciekać na osiedle. Zostawił połówkę ramy Wargula siostry roweru i wszystkich i po prostu naginał. My się pozbieraliśmy i dotarliśmy na osiedle jakieś 2 minuty po Korniku bo jak mówiłem było już blisko ale Kornik był szybki na prostych a jak się bał i uciekał to był bardzo szybki.
Potem Wargula matka zabrała go na pogotowie żeby naprawili mu nogę. W sumie to się cieszył że mu się to stało bo jak powiedział:
- dobrze że się mi noga popsuła bo tak to matką mnie żałowała i obroniła mnie przed ojcem. Jakby nie to to by mnie przetrącił za rame z roweru mojej siostry. Plusowo panowie plusowo.
Kurde to był dobry dzień. Taki jakich wiele w wakacyjne dni. I jak tu nie lubić słonecznej pogody. Jakby powiedział Wargul. Bilans tego dnia był plusowy panowie plusowy.
Siema nara hej !!!